sobota, 24 stycznia 2015

Rozdział 46



**Rozdział 46**




Obudziło mnie pukanie do drzwi. Podniosłam głowę, która wydawała się ważyć tonę i zamrugałam kilkakrotnie, nie wiedząc za bardzo co się dzieje. Spojrzałam na ramkę do zdjęć w kształcie serca, stojącą na stoliku nocnym i wszystkie wczorajsze wydarzenia wróciły do mnie ze zdwojoną siłą, przyprawiając o migrenę. Byłam w swoim pokoju. W domu.
-Charlie, to ja, mogę wejść?- usłyszałam za drzwiami głos Paula i rzuciłam okiem na zegarek obok łóżka. 15:02. No cóż, trochę sobie pospałam.
-Wejść- wychrypiałam, chowając twarz w poduszce. Po chwili usłyszałam kroki Paula. Postawił coś na biurku, odsłonił i otworzył okna i usiadł obok mnie. Przez jakiś czas milczał, a ja wsłuchiwałam się w jego równy oddech.
-Charlie, zjedz coś. Przyniosłem ci herbatę i grzanki z masłem i ketchupem, jak lubisz- dobra, może mam dietę dziesięciolatka, ale to nie powinno was obchodzić.
-Nie jestem głodna- wymruczałam niewyraźnie z twarzą w poduszce, co wyszło raczej jak: Nejetemgodna. Ale Paul zrozumiał. On zawsze rozumie.
-Dosyć tego młoda damo- odparł, a ja wiedziałam, że zmarszczył brwi. Zawsze wtedy głos mu się zmieniał. Dziwne, ale prawdziwe. –Przyleciałaś nad ranem i nic od tego czasu nie jadłaś. Nie zamierzam bezczynnie siedzieć i patrzeć jak się głodujesz!- fuknął, a ja wciąż tkwiłam z twarzą w poduszce, woląc się nie wychylać. –Wracam za pięć minut. Jeśli do tego czasu jedzenie nie zniknie, porozmawiamy inaczej, młoda damo- zagroził i po chwili już go nie było. Jęknęłam i zwlokłam się leniwie z łóżka. Usiadłam przy biurku i spojrzałam na grzanki, na których Paul ketchupem i masłem namalował uśmiechnięte buzie tak, jak zawsze robił odkąd skończyłam 5 lat. Mimowolnie również się uśmiechnęłam. Paul. On nigdy się nie zmieni. Właśnie wgryzałam się w chrupiącą grzankę, gdy usłyszałam szuranie, jakby coś drapało i ocierało się o drzwi z drugiej strony. Zmarszczyłam brwi i z grzanką w ręce otworzyłam drzwi. Nikogo tam nie było. 
-Miaaaaaaaau!- spojrzałam w dół, na małą, białą puszystą kulkę sierści, która się do mnie łasiła, mrucząc jak silnik starego auta.
-Charlie!- pisnęłam, wzięłam kotkę w ramiona i przytuliłam mocno do piersi. A ona, nadal mrucząc, potarła łebkiem mój policzek. –Tęskniłam za tobą, wiesz? Wreszcie jakaś dziewczyna. Mam już dość facetów- mruknęłam i usiadłam z nią na łóżku.
-Miaaaauuu!- odparła, patrząc na mnie dużymi, niebieskimi oczami. Może dziwnie to zabrzmi, ale poczułam jakby się ze mną zgadzała. Pytacie pewnie skąd to wiem? Cóż. Niektóre kobiety rozumieją się bez słów.

***

-Charlie- mimo, że go nie widziałam, doskonale słyszałam, jakby stał tuż obok. Rozejrzałam się dookoła, jednak nie mogłam nic zobaczyć przez wszędobylską ciemność, gęstą i nieprzeniknioną jak smoła.-Charlie- ruszyłam przed siebie, gdy głos zaczął się oddalać. Wyciągnęłam ręce, próbując coś wyczuć w ciemności, cokolwiek. Ale moje dłonie nie napotkały niczego. Byłam otoczona przez pustkę. –Charlie!- nagły krzyk zmroził mi krew w żyłach, zmuszając do biegu. Pędziłam przed siebie i
dopiero po chwili zorientowałam się, że nie słyszę wiatru w uszach. Przystanęłam, nasłuchując. Chciałam go zawołać, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk. –Charlie!- podskoczyłam w miejscu, słysząc strach w jego głosie. Nagle przed oczami błysnęło mi światło, płomień  gdzieś w oddali. Zacisnęłam pięści i ruszyłam przed siebie. Z jakiegoś powodu wiedziałam, że on tam jest. I, że mnie potrzebuje. Ale światło zamiast się przybliżać, oddalało się z każdym moim krokiem. Przyspieszyłam, ale ogień zniknął, pochłonięty przez mrok. Ponownie ogarnęła mnie ciemność. Zatrzymałam się i krzyknęłam, ale otaczała mnie tylko cisza. I ciemność.
-Harry- z mojego gardła wydobyło się drżące, ciche słowo. Nagle przed oczami zamajaczyła mi jakaś postać. Zamrugałam i zrobiłam kilka kroków w przód. Jednak przystanęłam, widząc twarz chłopaka.
Uśmiechał się w upiorny sposób, jego oczy wydawały się być czarne, a ciemne włosy potargane. –Avan?- mój głos wydawał się cichutki i słaby. Jak płomień świecy, który można łatwo zdmuchnąć. Nagle chłopak urósł o kilka metrów, a ja wyglądałam przy nim jak szklana laleczka. Nagle zdałam sobie sprawę, że we włosach mam kokardki, a ubrana jestem w niebieską, falbaniastą sukienkę. Nie mogłam się ruszyć.
-Witaj Charlie- w uszach zabębnił mi jego głos. Nagle chłopak rzucił się na mnie i pochłonęła mnie ciemność. Ostatnie co słyszałam to słaby głos Harrego w mroku.
-Charlie!
-Charlie! Charlie obudź się wreszcie!- nagle zdałam sobie sprawę, że ktoś mną potrząsa. Wrzasnęłam i, woląc nie otwierać oczu, wymachiwałam przed sobą rękoma, jak wariatka. Gdy nagle moje dłonie napotkały coś miękkiego i gładkiego, a po pokoju poniósł się plask. –Ała! Charlie, oszalałaś?! To bolało!- otworzyłam zdziwiona jedno oko, a widząc Dylan, patrzącą na mnie z byka, otworzyłam również drugie.
-Dylan?
-Nie, Święty Mikołaj- fuknęła, masując sobie policzek. –Pewnie, że Dylan! A kto niby?- zamrugałam zdziwiona i usiadła na łóżku, gapiąc się na nią, jak sroka w gnat.
-Przepraszam, myślałam, że jesteś…- urwałam, nie wiedząc jak dokończyć zdanie. Gigantycznym Avanem Jogiom, który chce mnie pożreć? –Nieważne. Miałam zły sen- wymamrotałam.
-Nie dziwię się. Wybaczam. Po takich przeżyciach?- odparła, patrząc na mnie ze współczuciem, a ja zmarszczyłam brwi.
-Co masz na myśli?
-No jak to co? Wróciłaś z muzycznego obozu. W środku nocy. Bez chłopaków. Musiało się coś stać- powiedziała, a ja westchnęłam i wbiłam wzrok w Małą Charlie, zwiniętą w kłębek na moich nogach. –Jeśli nie chcesz- nie mów, zrozumiem. Ale będzie ci lepiej jeśli komuś się wygadasz- odparła, a ja przygryzłam wargę. Przez jakiś czas milczałam. W końcu jednak podniosłam głowę i napotkałam ciepłe spojrzenie jej niebieskich oczy. Boże, jak brakowało mi kobiecego towarzystwa!

***

-O. Mój. Boże- dobra. Spodziewałam się, że po mojej opowieści Dylan będzie zaskoczona, ale nie, że aż tak. I nie sądziłam, że spojrzy na mnie, jak na wariatkę i powie: -No dobrze. Ale to nie wyjaśnia jednego. Dlaczego uciekłaś?- zapytała blondynka, unosząc brwi, a ja zbaraniałam. Czy ona mnie słuchała?
-Bo on mi wyznał miłość?- odparłam, unosząc brew. Zauważyłam, że ostatnio (odkąd wróciłam do Anglii) nie wymawiam jego imienia. Mówię o nim per „on”.
-I co z tego?- odpowiedziała pytaniem, również unosząc brew. Westchnęłam. Czy to tak trudno zrozumieć?
-A to, że zupełnie się tego nie spodziewałam.
-I?
-I zaskoczył mnie tym.
-I?
-I jestem na niego zła.
-I?
-I… i nie kocham go- zdziwiłam się słysząc jak bardzo mój głos jest niepewny i drżący. Jak zawsze, gdy kłamię. Ale przecież nie kłamałam!
-Pozwolę się nie zgodzić. Sądzę, że owszem, kochasz go- odparła Dylan, uśmiechając się. Zmarszczyłam brwi i pokręciłam głową.
-Wcale nie!
-Wcale tak!
-Wcale nie!
-Wcale tak!
-Wcale n…
-Nie kłóć się ze mną! Wiem lepiej!- warknęła blondynka, marszcząc gniewnie brwi, a ja zamknęłam usta, krzyżując ręce pod biustem, jak mała dziewczynka, której mama zabroniła jeść ciastka na śniadanie. –Charlie, ty go kochasz.
-A skąd to niby wiesz?!- fuknęłam, a ona uśmiechnęła się szerzej.
-A skąd wiesz, że się zakochujesz?- odpowiedziała pytaniem na pytanie. Uniosłam brew.
-A co to ma do rzeczy?
-Oj ma. I to dużo- zapewniła mnie z anielskim uśmiechem. Była taka spokojna i pewna swego, że aż stanęły mi włoski na karku. –Więc?- posłałam jej długie spojrzenie, spod zmarszczonych brwi, ale w końcu odpowiedziałam.
-Czuję motylki w brzuchu na jego widok. Serce zaczyna szybciej bić, gdy mnie dotyka. A, gdy się całujemy…- urwałam, patrząc nieobecnym wzrokiem za okno. Nagle poczułam się dziwnie. Jakby jakieś wspomnienia wracały do mnie na te słowa.
-Tak?
-A gdy się całujemy widzę przed oczami błyski światła i słyszę fajerwerki- dokończyłam, a Dylan aż poskoczyła na łóżku widząc moją minę.
-Właśnie!- pisnęła uradowana. Zatkało mnie. Nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Po prostu gapiłam się na zdjęcie stojące na biurku, nie mogąc oderwać od niego wzroku. Paul musiał je tam postawić. Było z naszego pierwszego wywiadu, gdy chłopacy i ja byliśmy ubrani w te same sukienki. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że Harry na mnie patrzył. Nagle zrobiło mi się duszno i podeszłam do okna, opierając ręce o parapet. Letni wietrzyk poruszał moimi włosami, które wymknęły się z warkocza. Nie, to nie może być prawda. On nie może mnie kochać naprawdę. –Charlie? Wszystko w porządku?- zapytała Dylan niepewnie, kładąc mi dłoń na ramieniu. Wypuściłam powietrze z płuc, wpatrując się w gołębia, który przysiadł na wiśni za oknem. Jak to możliwe?
-Muszę pomyśleć- odparłam. Nie musiałam nic więcej mówić. Dylan zrozumiała.
-Dobrze- powiedziała, zbierając swoje rzeczy. –Zadzwoń do mnie kiedy będziesz mogła, dobrze?- zapytała, a ja kiwnęłam głową. Słyszałam jak otwiera drzwi, gdy nagle zamarła. Obejrzałam się na nią i uniosłam delikatnie brwi, widząc poważne spojrzenie niebieskich oczu. –Nie bądź dla niego surowa. To dobry chłopak- odparła, a ja przez chwilę patrzyłam jej w oczy.
-Dobrze- powiedziałam, a ona patrzyła na mnie jeszcze przez chwilę, potem odwróciła się i wyszła nic więcej nie mówiąc. Patrzyłam na białe drzwi. Dylan z pewnością jest drugą osobą, która najbardziej namieszała mi w życiu. Trudno ją pobić. Ale komuś się to udało. Harremu.

________________________________________________________________

BUM!
CLICK 

piątek, 16 stycznia 2015

Rozdział 45


**Rozdział 45**



Okej. Wiedziałam, że oni coś knują. Ale TEGO się nie spodziewałam. Gapiłam się z rozdziawionymi ustami na chłopaków, jak ustawili się w rządku, patrząc na mnie i jak wszyscy wokół otoczyli nas kółkiem, robiąc miejsce. Niall, Liam i Lou grali na gitarach, a reszta, po chwili podłapała od nich nuty i również się dołączyła. A żeby było jeszcze dziwniej, Zayn zaczął śpiewać.
My hands, your hands
Tied up like two ships
Drifting, weightless waves try to break it
I'd do anything to save it
Why is it so hard to save it?
Patrzyłam, nie mogąc nic zrobić. Przecież to piosenka, którą napisał Harry! Co tu się wyrabia?!
My heart, your heart
Sit tight like book ends
Pages between us
Written with no end
So many words we’re not saying
Don’t wanna wait til it's gone
You make me strong
Spojrzałam na Amity, która szczerzyła się głupio do Liama. Nadal nic nie rozumiałam. Do czasu. Do czasu aż Harry zaczął śpiewać refren i wszystko stało się dla mnie jasne.
I’m sorry if I say I need ya
But I don’t care, I’m not scared of love
'Cause when I'm not with you I'm weaker
Is that so wrong?
Is it so wrong?
That you make me strong
Patrzyłam mu w te zielone oczy starając się wyszukać jakiegoś sygnału, znaku, że on tylko żartuje, że to nie jest na serio. Ale nic takiego nie znalazłam. Dlatego, zbaraniała jeszcze bardziej (o ile to możliwe), gapiłam się na niego, nie wiedząc co zrobić. Nie, to niemożliwe. Nie wierzę w to. Nie. To bezsensu. To niby on? Ale jak? Wiedziałam, że to on! Wiedziałaś?! I nic mi nie powiedziałaś?! Próbowałam, ale ty wciąż mnie uciszałaś. Nie chciałaś nawet tego słuchać! A nie ciekawi cię dlaczego nie chciałam tego słuchać?!
Think of how much love that’s been wasted
People always trying to escape it
Move on to stop their heart breaking
But there’s nothing I’m running from
You make me strong
O-oł.
I’m sorry if I say I need ya
But I don’t care, I’m not scared of love
'Cause when I'm not with you I'm weaker
Is that so wrong?
Is it so wrong?
Harry podszedł do mnie, patrząc mi głęboko w oczy, a ja nie mogłam się poruszyć, choć w środku cała płonęłam od mieszanki emocji, które lada moment mogły wybuchnąć.
So baby hold on to my heart, oh
 Need you to keep me from falling apart
I’ll always hold on
'Cause you make me strong
Kątem oka dostrzegłam, jak Niall podchodzi z gitarą do Effie, która zaczęła się słodko rumienić. Ale nie o to teraz chodzi.
I’m sorry if I say I need ya
But I don’t care, I’m not scared of love
'Cause when I'm not with you I'm weaker
Is that so wrong?
Is it so wrong?
Czułam się beznadziejnie i zarazem wspaniale, stojąc pośrodku tego cyrku, czując na sobie spojrzenia wszystkich, czując jak Harry łapie mnie za ręce. Ale nadal nie mogłam w to uwierzyć. Jak on mógł mi to zrobić?! Przecież obiecał!
I’m sorry if I say I need ya
But I don’t care, I’m not scared of love
'Cause when I'm not with you I'm weaker
Is that so wrong?
Is it so wrong?
Zacisnęłam zęby, mając już wszystkiego serdecznie dość. Nie łamie się danego słowa! Charlie, proszę, nie rób tego! Zamknij się i daj mi wreszcie spokój!
That you make me strong
Harry przez cały czas nie puszczał moich dłoni i patrzył mi głęboko w oczy, jakby chciał coś w nich dostrzec. Coś innego niż ogromny szok. I wściekłość jarząca się na samym dnie. Wreszcie, gdy piosenka dobiegła końca, a wszyscy zaczęli klaskać, gwizdać i wykrzykiwać: „Harrlie, Harrlie, Harrlie!”, Harry spuścił na chwilę wzrok, a potem znowu na mnie spojrzał, a ja czułam bijącą od niego niepewność. A to coś nowego. Ale teraz to nieważne.
-Przepraszam, jeśli powiem, że cię potrzebuję. Ale wszystko mi jedno, nie boję się miłości. Bo kiedy nie jestem z tobą, jestem słabszy. Czy to takie złe? Czy to tak źle? Że sprawiasz, że jestem silny- powtórzył słowa piosenki, mówiąc ściszonym głosem, ale miałam wrażenie, że wszyscy doskonale słyszą każde jego słowo. Wstrzymałam oddech, dobrze wiedząc co za chwilę powie. –Charlie, jeszcze nigdy się tak nie czułem. Przy tobie jestem szczęśliwy. Charlie, ja cię…- nagle czas jakby stanął w miejscu. Pojęłam dlaczego tylko ja miałam wstęp do jego pokoju, pojęłam dlaczego tylko ja mogłam mu pomagać myć jego samochody, pojęłam dlaczego tylko ja mogłam bawić się jego telefonem, pojęłam dlaczego tylko ja mogłam czytać jego komiksy o Superkocie. A to było dla mnie za dużo.
-Nie!- przerwałam mu, a on spojrzał na mnie zdziwiony. Wyrwałam ręce z jego uścisku i pokręciłam głową. –Nie- powtórzyłam, cofając się. Wszyscy zamilkli patrząc na mnie ze zdziwieniem. Ale nie zwracałam na nich uwagi. Widziałam tylko te zielone oczy. Te smutne, zranione, cierpiące zielone oczy. Zagryzłam wargi i czując złość, odwróciłam się i pognałam przed siebie. Nikt nie biegł za mną, nikt nie próbował mnie zatrzymać. I dobrze. Nie chciałam teraz z nikim rozmawiać. A już zwłaszcza z nim.

***

Wyciągnęłam telefon z kieszeni i wybrałam odpowiedni numer. Odebrał po drugim sygnale.
-Charlie? Stało się coś, że dzwonisz o tej porze?- przygryzłam wargi, czując ucisk w gardle. Tak dawno go nie widziałam. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo za nim tęsknie. I z tego wszystkiego zapomniałam o tej cholernej zmianie czasu.
-Mógłbyś po mnie przyjechać? Chcę wracać- odparłam, dziwnie bezbarwnym głosem.

-Dlaczego? Stało się coś?- troska w jego głosie sprawiła, że zabolało mnie serce.
-Nie chcę o tym mówić. Paul, proszę- jęknęłam. Przez chwilę się nie odzywał.
-Dobrze. Zaraz wyślę po ciebie samochód, kupię ci bilet i zamówię taksówkę do domu chłopaków- odparł, a ja zacisnęłam pięść na walizce.
-Nie, Paul. Chcę wrócić do domu- powiedziałam, a przy ostatnim słowie, głos mi się załamał. Zacisnęłam powieki. Czułam się jak małe dziecko. Przez kilka sekund słyszałam jego równy oddech.
-Dobrze, kochanie. Wrócisz do domu- wypuściłam wolno powietrze, by do końca się nie rozkleić.
-Dziękuję Paul- szepnęłam i się rozłączyłam. Schowałam telefon do kieszeni. Otarłam łzę, która wymknęła mi się spod rzęs i już wyciągałam rękę do klamki, gdy w oczy rzucił mi się notatnik i długopis leżący na stoliku. Przygryzłam policzek i podeszłam do niego, szybko bazgroląc coś na kartce.
Wracam do Paula. Nie przychodźcie, nie dzwońcie. Chcę przez jakiś czas pobyć sama. Proszę.
Charlie
Ostatni raz rozejrzałam się po chatce, a potem zniknęłam za drzwiami.

***
Samochód zjawił się po chwili, gdy byłam już w lesie. Wsiadłam do niego bez słowa, nie patrząc nawet na kierowcę. Chciałam po prostu zwinąć się w kłębek w moim pokoju i trwać tak do końca. Nie obchodziło mnie to, że swoim zachowaniem wydałam ludziom prawdę. Za chwilę cała Anglia, jeśli nie cały świat, będzie trąbić o tym jak to oszukaliśmy wszystkich udając, że Harry i ja tworzymy parę. W lusterku zobaczyłam łagodne spojrzenie niebieskich oczu.
-Gorszy dzień?- zapytał kierowca. Wbiłam wzrok za szybę, przyglądając się mijanym drzewom. Nagle przypomniała mi się noc, gdy błądziłam po lesie, wściekła na Harrego i Jessy’ego. Spuściłam wzrok i zacisnęłam pięści.
-Coś w tym stylu.

***

Na lotnisku i w samolocie nie miałam siły uśmiechać się do ludzi i odpowiadać na ich pytania. Dlatego założyłam okulary przeciwsłoneczne, naciągnęłam kaptur i udawałam, że ich nie widzę. A żeby jeszcze pogorszyć mój podły nastrój, okazało się, że nie ma już miejsc w pierwszej klasie i musiałam spędzić lot w towarzystwie dwunastolatki, która była fanką chłopaków i mnie rozpoznała.
-Dlaczego wracasz sama? Gdzie chłopacy? Gdzie Harry? Myślałam, że jesteście parą. Wiesz, Harrego lubię najbardziej, ale razem wyglądacie tak słodko, a ty do niego bardzo pasujesz, więc stwierdziłam, że ci go zostawię i zadowolę się Zaynem- mówiła wciąż, a ja uparcie spoglądałam za okno. Nagle w radiu puszczono piosenkę chłopaków, a ja westchnęłam, wkładając słuchawki w uszy.
-Kochanie, nie widzisz, że ta pani jest zmęczona? Daj jej odpocząć- skarciła ją jej mama.
-No dooobrze. Najwyraźniej chłopacy ją tak wymęczyli. Nie dziwie się. Na jej miejscu miałabym tak samo. Jedna dziewczyna na pięciu chłopaków! Wyobrażasz to sobie? Kiedyś nawet Louis…- dalszej części nie słyszałam, bo wcisnęłam play, a wszystko dookoła zniknęło. Nie wytrzymałam dłużej i kilka łez spłynęło mi po policzkach. Nie miałam siły ich zetrzeć. Chciałam po prostu żeby oni wszyscy dali mi spokój. Czy proszę o zbyt wiele?

_______________________________________________________________

No cóż. Gdyby wszystko od razu było okej i plan Harrego poszedł gładko, byłoby nieco nudno. I ckliwie. A ja takich rzeczy (nudnych i ckliwych) wyjątkowo nie lubię. Także, pewnie małe rozczarowanie, ale na pocieszenie powiem tylko: cierpliwości. Niebawem wszystko się wyjaśni. Wystarczy tylko trochę poczekać.
Zaglądaliście już tutaj? I tutaj?
To tyle.
Polecam się na przyszłość.
Aaron Johnson ♥

czwartek, 8 stycznia 2015

Rozdział 44


**Rozdział 44**



-Witaj Charlie- czułam jak cała sztywnieje. Okej. Zupełnie się tego nie spodziewałam. Sądziłam raczej, że to będzie ktoś z obozu. A nie ktoś spoza niego. No bo, jaki to ma sens? Wysyłać mi liściki, podczas, gdy on tkwił… sama nie wiem gdzie. To zupełnie bez sensu. –Nie spodziewałaś się mnie, co?- zapytał, uśmiechając się. Prawy kącik ust powędrował wyżej. Zamrugałam kilkakrotnie, nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Jak to możliwe? Pokręciłam głową, aż włosy podskoczyły mi dziwacznie, łaskocząc po
twarzy. –To dziwne, że chłopacy ci nie powiedzieli. Sądziłem, że wypaplali to wszystkim, gdy się tylko o tym dowiedzieli- odparł, wzruszając ramionami, a ja zmarszczyłam brwi. Aha! Dlatego tak wyganiali mnie pod scenę! Może nie dosłownie, ale czytając między wierszami, można się było domyślić. Ale fakt, że nie pisnęli ani słowa jest wprost… zatrważający. Żeby nie wygadali… W głowie się nie mieści. Ale zaraz, ONI WIEDZIELI! I o tych liścikach pewnie też! Boże, to strasznie niezręcznie wiedzieć, że oni wiedzieli o tym wszystkim. Czując rumieńce na policzkach, spuściłam głowę.
-Więc to ty- odparłam w końcu, podnosząc głowę i zdobywając się na odwagę, by spojrzeć mu w oczy. –W życiu bym nie zgadła- on się ponownie uśmiechnął i podszedł bliżej, wyciągając do mnie ramię
-To co? Może oprowadzisz mnie po obozie?- zapytał, nonszalandzko unosząc brew. Uśmiechnęłam się i kiwając głową, złapałam pod ramię Avana Jogie i ruszyłam z nim w stronę jeziora. Jednocześnie, kątem oka zobaczyłam jakiś ruch w zaroślach, ale nie zwróciłam na niego większej uwagi. Bo kto to mógł być? Na pewno nie mój Książę na białym koniu. Bo on był przy mnie.

***

Czy cieszyłam się, że to Avan okazał się moim Księciem? Sama nie wiem. Spotkaliśmy go kiedyś na mieście, a, że znał się z chłopakami, dołączył do nas. Lubię go, serio. I jest całkiem przystojny. Ale, nie zrozumcie mnie źle, inaczej wyobrażałam sobie Księcia na białym koniu. Bardziej jako wysokiego, dobrze zbudowanego bruneta o szerokich barach, umięśnionym brzuchu, kręconych włosach i radosnych, zielonych oczach. I jego wargi! Nie mam pojęcia, skąd znam te wargi, ale mam je wciąż przed oczami takie miękkie, różowe i… Okej, trochę odpłynęłam. Wracając do tematu: Nawet nie
pomyślałam, że to może być Avan. No bo w końcu prawie wcale go nie znam. I jest ode mnie starszy. Dużo starszy. I pojęcia zielonego nie mam co o tym wszystkim myśleć. Wiem tylko jedno: nie kocham Avana i zdecydowanie nie chcę z nim być.
-… a wtedy ona do mnie: Niemożliwe! To ty jesteś tym seksownym aktorem! Mogę twój autograf?- Avan zaśmiał się pod nosem, kręcąc głową. –Fanki, rozumiesz- westchnął, a ja spojrzałam na niego i wymusiłam uśmiech.
-Jasne.
-Chyba cię nie zanudzam?- zapytał, unosząc brwi. Siedzieliśmy na drewnianej ławeczce koło jeziora. Słońce już dawno zaszło, a na niebie nie było ani jednej chmurki.
-No coś ty!- odparłam automatycznie, a on kiwnął głową i zaczął opowiadać kolejną, nudnawą opowiastkę o jego napalonej fance, którą okazała się Miley Cyrus. Boże. Jeszcze tej tu brakowało. Spojrzałam w bok, na las i wywróciłam oczami. Ile można?!
-Okej- przerwałam mu. –Siedzimy tu już od pół godziny, a ty wciąż gadasz o sobie. Kiedy w końcu powiesz coś o liścikach?- zapytałam, zirytowana unosząc brew. Avan zbaraniały urwał w pół zdania i spojrzał na mnie jak na wariatkę. Dobra, jego też dopiszę. Szlag.
-Jakich liścikach?- zmarszczył brwi, jakby nie wiedział o co mi chodzi. Westchnęłam męczeńsko.
-Anonimowe liściki, które wysyłałeś do mnie. Mówi ci to coś?- mruknęłam, a on tym razem uniósł brwi i odsunął się ode mnie troszeczkę. Dobra, ten koleś jest walnięty.
-Nie mam pojęcia o czym mówisz- odparł, blednąc odrobinę. Zmarszczyłam brwi. Okej, coś tu jest nie tak.
-Zaraz, jesteś Księciem na białym koniu?- zapytałam, a on odsunął się jeszcze bardziej, a widząc, że na niego patrzę, zesztywniał.
-Będę jeśli zechcesz, tylko proszę, nie związuj mnie i nie zamykaj w ciemnej piwnicy!- zaskomlał, zakrywając twarz dłońmi. Uniosłam brwi. Okej. Ten koleś ma nie równo pod sufitem. Dlatego wziął mnie za kolejną szaloną fankę, która chce go porwać i wziąć z nim szybki ślub w Las Vegas. Ale to znaczy tylko jedno: Avan nie jest Księciem na białym koniu. Więc mój Książę może wciąż czeka pod sceną. Podniosłam się z ławki, przygryzając wargę.
-Przepraszam, pomyliłam cię z kimś- wymamrotałam i niezdarnie poklepałam go po ramieniu. Chłopak tylko zadrżał, a ja dyskretnie się wycofałam. Dobra, to dopiero niedopowiedzenie. Chyba niedopowiedzenie roku. Cholibka. Niechętnie to mówię, ale masz rację. To jest niedopowiedzenie roku.

***                                                                                                                                                        Gdy tylko dotarłam pod scenę, wpadłam na Jessy’ego, który rozmawiał o czymś z chichoczącą Cassidy. Spojrzeli na mnie zdziwieni. No cóż, moja mina wyglądała trochę podejrzanie. Wyglądałam jakbym kogoś usilnie szukała.
-Charls, wszystko w porz…
-Nie widzieliście tu kogoś?- przerwałam mu, jednocześnie wyciągając szyję, by zobaczyć ponad jego ramieniem, czy ktoś się nie kręci na skraju lasu. Jessy uniósł brew, zerkając na Cassidy. Ta pokręciła głową i wzruszyła ramionami.
-Nie. Nikogo tu nie było, gdy przyszliśmy- odparł, a ja przygryzłam wargę, rozglądając się dookoła; nikt nie kręcił się w pobliżu. –A dlaczego pytasz?
-Nie mam czasu na wyjaśnienia!- krzyknęłam przez ramię, pędząc przed siebie na zbicie karku. Jeśli nie ma go pod sceną, jak go teraz znajdę? Skąd będę wiedzieć, że to akurat on? Może to on znajdzie ciebie. Westchnęłam i odepchnęłam te myśli na inny tor. Musiałam go znaleźć. I całkowicie się na tym skupiłam.

***

Nogi zaniosły mnie pod 20. Sama nie wiem czemu. Chyba wewnątrz przeczuwałam, że tu mogę go znaleźć. Ale pojęcia nie wiem dlaczego akurat tutaj. Po prostu. Intuicja. Zatrzymałam się pod domkiem, oparłam o niego i zgięłam wpół, dysząc ciężko. Okej, muszę popracować na kondycją. No co ty nie powiesz. Ale zajmę się tym, gdy wrócimy do Anglii. Jasne. Możesz choć raz mnie posłuchać i się zamknąć?!
-Charlie?- drgnęłam, słysząc nad sobą znajomy głos. Podniosła głowę i uśmiechnęłam się do Harrego. Wyprostowałam się i odgarnęłam włosy z twarzy.
-O, cześć- wysapałam, a on uniósł brew.
-Biegłaś?
-Nie- odparłam automatycznie, a on uniósł brwi wyżej. –Tak- poprawiłam się. -Nieważne- wymamrotałam, widząc jego pytające spojrzenie. –Widziałeś tu kogoś? Kręcił się tu ktoś, kto wyglądał… jakby na kogoś czekał?- zapytałam, a Harry przeczesał dłonią włosy i spiął się odrobinę. Uniosłam brwi i spojrzałam na niego z nadzieją. Może kogoś widział? Charlie, czy ty serio jeszcze nie… Shhhhhh!
-Właśnie chciałem z tobą o tym porozmawiać- odparł, a ja, nie mogąc się powstrzymać, uśmiechnęłam się szeroko.
-Naprawdę?- zapytałam, a on kiwnął nieznacznie głową, uciekając wzrokiem. Wyglądał jakby się strasznie stresował. Ale byłam zbyt szczęśliwa, by zwrócić na to uwagę.
-Bo widzisz, ja… muszę ci o czymś powiedzieć- wymamrotał, drapiąc się w kark, ze spuszczonym wzrokiem. Wyglądał jakby chciał  mi się do czegoś przyznać. Na przykład, że znowu zapchał mój NOWY depilator swoimi grubymi kłakami na nogach. A na to nie miałam teraz czasu. Westchnęłam.
-Harry, wybacz, ale się spieszę. Szukam kogoś. Powiesz mi to później, dobrze?- zapytałam, idąc tyłem. On westchnął i kiwnął smutno głową.
-Dobrze- odparł, patrząc mi w oczy, a ja posłałam mu uśmiech i pognałam przed siebie.

***

Okej. Jeszcze nigdy tak dużo nie biegałam. I nigdy nie zamierzam tak dużo biegać. Skoro to takie zdrowe, to dlaczego czuję się jakby zaraz miała zdechnąć, hę? Może dlatego, że twoja kondycja… Ty zostaw moją kondycję w spokoju, dobrze?
-Charlie? Co ty tu robisz? Myślałem, że jesteś właśnie na spacerze z…- odwróciłam się gwałtownie, prawie wpadając na Lou, któremu nagle usta zasłonił dłonią Zayn, uśmiechając się szeroko.
-Z Jessym- dokończył za niego Malik. Uniosłam brwi. –Poszedł gdzieś jakiś czas temu, więc pomyśleliśmy, że kręcicie się razem- wyjaśnił, wzruszając ramionami.
-E, nie- odparłam. –Jessy spaceruje właśnie z Cassidy, ale nieważne- mruknęłam, machając ręką. –Nie widzieliście tu jakiegoś chłopaka, który wyglądał jakby kogoś szukał?- zapytałam, siląc się na normalny ton i rozglądając się ukradkiem dookoła. Przecież on gdzieś tu musi być! Zayn marszczył brwi i spojrzał na kogoś za moimi plecami. Odwróciłam się, ale zobaczyłam tylko Harrego, który pomachał mi energicznie i wbił wzrok w ognisko. Dziwne. Spojrzałam ponownie na Malika, a ten wyszczerzył się jak idiota.
-Wydaje mi się, że tak- odparł, a ja od razu się ożywiłam.
-Serio? Gdzie?!- pisnęłam, a chłopacy spojrzeli na mnie zdziwieni. Ojej. Odchrząknęłam, wzruszając ramieniem i opierając rękę na biodrze. –Nie żeby mnie to jakoś specjalnie interesowało… czy coś- dodałam, z całych sił starając się nie dać po sobie poznać, że w środku wybuchły mi tysiące fajerwerków.
-Kręcił się tu jakiś typek i, rzeczywiście, wyglądał jakby kogoś szukał- odparł Zayn, machnięcie ręki wskazując ognisko i ludzi wokół, natomiast Louis pokiwał energicznie głową, wciąż nie mogąc nic powiedzieć, przez Malika, który zakrywał mu usta. Z wielkim trudem powstrzymałam się od skakania w miejscu i piszczenia, jak jakaś idiotka.
-A jest tu gdzieś jeszcze może przypadkiem może?- zapytałam, krzyżując ręce za plecami i przestępując z nogi na nogę.
-Może przypadkiem może jeszcze gdzieś tak- rzekł Zayn, uśmiechając się szeroko i kiwając głową. Nie mogłam się powstrzymać od szerokiego uśmiechu.
-A mógłbyś mi powiedzieć gdzie?- Zayn ponownie spojrzał na kogoś ponad moim ramieniem i, uśmiechając się w dość dziwny sposób, odparł:
-Może niech sam ci to powie- uniosłam brwi, nie do końca rozumiejąc o co mu chodzi. I już miałam go o to zapytać, gdy usłyszałam dziwnie znajomą melodię.

___________________________________________________________

Dobra. Letymy z tym koksem.           CLICK
Do następnego!
Bywajcie!
Polecam się na przyszłość.