sobota, 27 września 2014

Rozdział 40

**Rozdział 40**


Książę na białym koniu, Książę na białym koniu, Książę na białym koniu, Książę na białym koniu! Oh, zamknij się wreszcie! Usiadłam niemrawo na łóżku i przetarłam oczy. Momencik… ostatnie co pamiętam to, to, że siedziałam na werandzie z Liamem i rozpętała się burza. Nie przypominam sobie bym szła do łóżka… Ah, ten troskliwy Liam. Przeciągnęłam się leniwie i spojrzałam na zegarek. 7:30. Czyli mam jeszcze pół godziny spania. Albo i nie. Jeśli wstanę teraz, będę mogła bez problemu unikać Harrego. No, przynajmniej do śniadania. Ale zawsze coś.

***

Właśnie kończyłam swoje płatki z mlekiem, gdy do stołówki weszli chłopcy. Z ulgą stwierdziłam, że nie ma wśród nich Harrego. Wyglądali na trochę niewyspanych, ale co się dziwić. Przez cały tydzień wstawali o ósmej rano. Przeważnie nie wstają przed jedenastą. Śpiące Królewny.
-Mówiłem, że tu jest- mruknął Zayn, przecierając oczy. –Dzień dobry misiu
-Dzień dobry śpiochy- odparłam, a oni wymamrotali coś niewyraźnie. Ciekawe gdzie Harry. Pewnie się gdzieś szwęda. I dobrze. Nie wiem jak zniosłabym jego obecność. –Gdzie Harry?- zapytałam, marszcząc brwi.
-Wziął i gdzieś poszedł- Louis wzdrygnął ramionami. –Liam, stary, podaj mi łyżkę- wymamrotał, a Liam wzdrygnął się i naciągając rękaw koszuli na dłoń, podał mu sztućca. Wywróciłam oczami.
-Smacznego. Idę na spacer- wstałam, trzymając w dłoniach pomarańczową tacę z pustą miską.
-Jak będziesz wracać, przynieś mi proszę dokładkę. Dzięki- Niall posłał mi szeroki uśmiech, a ja wywróciłam oczami i zachichotałam. Czy ten człowiek kiedyś przestanie być głodny? Nie sądzę.

***

Właśnie przechodziłam pod salką numer 20, gdy usłyszałam znajome głosy.
-Masz to?
-Tak. Co teraz?
-Podrzucisz to gdzieś w pobliżu jej domku, a gdy skończysz, zgłosisz mi to przez to.
-Okej. Kumam- zaciekawiona, podkradłam się pod okno i spojrzałam przez nie. Wstrzymałam oddech, by nie wydawać żadnych dźwięków. Ale wypuściłam je, gdy ujrzałam rudą grzywę. Ed! Trzymał w ręce czarne walkie-talkie i patrzył na jakiegoś chłopaka w szarej koszulce i fullcapie na głowie. Miał szerokie ramiona i stał tyłem do okna, więc nie mogłam zobaczyć jego twarzy. –A jeśli mnie przyłapie?- zapytał Ed, unosząc brwi.
-To powiesz jej, że znalazłeś to na stołówce- odparł ten drugi. Wydawało mi się, że znam ten głos, ale chłopak mówił tak cicho i miał taką chrypę, że trudno było stwierdzić. Zmarszczyłam brwi.
-Okej- powtórzył Ed. –To idę, szefie- odparł i wstał. Co tu się dzieje? Co oni knują? I kim jest ten drugi chłopak? Ta cała sytuacja zaczyna się robić coraz dziwniejsza. Zaraz. Przecież Ed za moment wyjdzie z domku, a wtedy mnie zobaczy i od razu zrozumie, że podsłuchiwałam! Cholibka! Podniosłam się gwałtownie i w momencie, gdy Ed łapał za klamkę, pobiegłam na zbicie karku przed siebie i schowałam się za jakimś drzewem. Po chwili Ed przeszedł obok, niczego nie świadomy. Uf, mało brakowało. Odczekałam w krzakach jeszcze chwilę, mając nadzieję, że zobaczę wreszcie kim jest drugi chłopak, ale nikt nie wyszedł z chatki. Kurczaki. Nie mam zamiaru znowu podkradać się pod okno, bo tym razem naprawdę mogą mnie przyłapać. Spojrzałam ostatni raz na dwudziestkę, a potem podążyłam za oddalającą się rudą czupryną.

***

Przyczaiłam się pod dwunastką. Ed zwolnił nagle i rozejrzał się uważnie dookoła. Przywarłam mocniej do ściany. Ed podkradł się pod drzwi trzynastki i zostawił na progu małą karteczkę. Zmarszczyłam brwi. Co tu się dzieję? Po chwili przyłożył czarne walkie-talkie do ust.
-Zadanie wykonane, szefie
-Rozumiem. Doskonale. Bez odbioru- Ed schował urządzenie do kieszeni, jeszcze raz rozejrzał się dookoła, a potem ruszył tam, skąd przyszedł. Zaraz zaczynają się zajęcia. Wszyscy są już w swoich klasach. „Jej”. Chodziło im o jakąś dziewczynę. Ale w trzynastce jest tylko Amity. No i ja. Ale nie sądzę żeby to o mnie chodziło. Pewnie jakiś chłopak zabujał się w Amity i próbuje ją poderwać, przysyłając romantyczne liściki. Ta, to prawdopodobne. W końcu Amity jest bardzo ładna. I bardzo sexy. Tabuny chłopaków uganiają się za nią. Tak, na pewno chodzi o nią. Bo przecież nie o mnie!
-Przed kim się tak chowasz?- podskoczyłam w miejscu o mało nie dostając zawału. Obejrzałam się na Zayna, a ten uśmiechnął się promiennie.
-Co ty tu robisz?- zapytałam, a on uniósł brwi.
-Mam lekcje?
-Ah, no tak- wymamrotałam. -Muszę już iść na zajęcia. Do potem!- odparłam i ruszyłam w stronę domku, czując na sobie wzrok Zayna. Po chwili usłyszałam trzask siatki na owady. Wszedł do swojej salki. Wypuściłam powietrze z płuc i obejrzałam się za siebie. Pusto. Podeszłam do trzynastki. Charlie, nie powinnaś patrzeć na tę kartkę. Z pewnością nie jest do ciebie. Jeśli ją przeczytasz, naruszysz prywatność Amity. Tak nie można. A co jeśli ta kartka jest dla ciebie? No właśnie? Zanim zdążyłam się powstrzymać, spojrzałam na kartkę i zbaraniałam. Rzeczywiście była zaadresowana do mnie! Podeszłam bliżej. Kurczaki, znam to pismo!
Charlie               
Książę na białym koniu! Czy to możliwe, że to Ed nim jest? Wielki, rudy, uzdolniony muzycznie Ed, który nie tak dawno mnie staranował? Nie. To raczej ten drugi chłopak, którego nazywa „szefem”. Cholibka, gdybym tylko zobaczyła jego twarz. Gdyby wtedy się obrócił… Charlie, jesteś pewna, że chcesz poznać tożsamość Księcia na białym koniu? Pewnie! Odkąd tylko dostałam pierwszy liścik. Westchnęłam i odgięłam kartkę, zaglądając do środka.
Ja też nie mogłem spać zeszłej nocy. Bo wciąż o Tobie myślałem. A Ty myślałaś o mnie?
Książę na białym koniu
Uniosłam brwi. Skąd on wiedział, że nie spałam? Podglądał mnie, czy jak?!
-Charlie! Tu jesteś!- błyskawicznie schowałam za siebie liścik i posłałam uśmiech Benowi, który zmarszczył brwi. –Wejdziesz? Czy wolisz postać na zewnątrz?
-Okej, już idę- wymamrotałam i weszłam za nim do chatki.

***

-… i właśnie wtedy ona powiedziała „Za kogo ty się uważasz? Za Zayna Malika?!” Rozumiecie? Powiedziała to do mnie! A ja jestem Zayn Malik!- odparł Zayn, zwijając się ze śmiechu, a ja uniosłam brwi. Nie zrozumiałam jego anegdotki. Wcale. Zresztą nie tylko ja. Chłopacy mieli miny, jakby się nad czymś głęboko zastanawiali. –Zayn Malik, czaicie?- powtórzył, nie przestając się

śmiać. Do Listy Rzeczy do Zrobienia Przed Śmiercią muszę dodać kolejny punkt: Nauczyć Zayna opowiadać ŚMIESZNE historie. Po chwili Louis parsknął śmiechem i dołączył do Zayna.
-Skumałem!- zapiał, łapiąc się za brzuch, a ja uniosłam brwi wyżej. Opowiastka Zayna wcale nie była śmieszna. Wcale.
-Ciekawe co takiego robi Harry, że zjadł obiad tak szybko i gdzieś popędził- odparł Liam, drapiąc się po brodzie.
-Kto go tam wie- Niall wzdrygnął ramionami i wrócił do swoich taco. Były z pięcioma rodzajami mięsa, surówką, keczupem, musztardą i serem w spreju. Wiecie jakie rodzaje mięsa? Nie chcecie wiedzieć. Ale i tak wam powiem. Mianowicie: wiewiórka, skunks, szop, jeleń i chyba kurczak, ale nie dałabym sobie ręki uciąć. Nie dałabym sobie niczego uciąć. Moje ciało jest zbyt cenne, by cokolwiek ucinać.
-Charlie, nie wiesz co się z nim dzieje?- zagadnął mnie Liam, a ja zamrugałam kilkakrotnie, pozbywając się sprzed oczu wizji bezrękiej i beznogiej Charlie.
-Nie mam pojęcia- odparłam zgodnie z prawdą. Wiedziałam tyle co reszta. Czyli niewiele. Harry coś kombinował i poświęcał temu dużo czasu. Coś tu śmierdzi. I wcale nie mówię o tych taco. Chodzi mi o coś znacznie gorszego. Jeszcze nie wiem co knuje Styles, ale się tego dowiem. Kiedyś na pewno. Cicho bądź! Dowiem się i to już niebawem! Jasne, a ja nazywam się Charlie Cole. W sumie, to jak ty się w ogóle nazywasz? W sumie, to jestem tobą. A raczej twoim sumieniem. Czyli nazywam się tak jak ty. Czyli wychodziłoby na to, że nazywasz się Charlie Cole. No, mówię przecież. Okej?

***

-Toooo… miłej zabawy!- krzyknął Matt i zniknął w swoim chatko-biurze. Zmarszczyłam brwi. Spojrzałam na biały fartuch, w który byłam ubrana, na elektryczną golarkę, którą trzymałam w ręce, a potem na stado owiec, które przeżuwały leniwie trawę, nie zwracając na nas najmniejszej uwagi.
-Że niby co mamy zrobić?- zmarszczyłam brwi i zwróciłam się do Louisa.
-No, wygląda na to, że mamy je ogolić.
-Ah, okej- kiwnęłam głową i ponownie spojrzałam na stado. Były takie spokojne. Takie białe. Takie mięciusie…
-Beeeeeeeeee!- zamrugałam kilkakrotnie, pozbywając się z głowy wizji Farmerki Owiec Charlie.
-No to zaczynamy!- krzyknął Zayn, włączając swoją golarkę i nagle wszyscy rzucili się na owce.

***

Wiecie co? Złapanie owcy wcale nie jest takie łatwe. Zwłaszcza jeśli jest wkurzona i to ona zaczyna cię gonić. Przekonałam się o tym na własnej skórze. Nie wiedziałam, że owce mogą być tak agresywne. Serio. Skończyło się na tym, że byliśmy cali poobklejani trawą, ziemią i błotem, Louis rozdarł fartuch, Tony stracił połowę włosów, a żadnej owcy nawet włos z głowy nie spadł. Zbieraczami wełny byliśmy potwornymi. Ale co poradzić. Chociaż… Wiecie co? Nie mogę się pozbyć wrażenia, że w zestawie ze stadem owiec powinien być pies pasterski. Też tak myślicie?
-Moje włosy- jęknął po raz kolejny Tony, gładząc czuprynę, która mu została. Swoją drogą, wyglądał komicznie. Miał włosy tylko na połowie głowy. Druga połowa była krótko przystrzyżona.
-O rany, stary. Na prawdę przepraszam- wymamrotał Ben, klepiąc kumpla po plechach. Siedzieliśmy na polanie, robiąc… w sumie nic nie robiąc. O.Z.d.P.G. już dawno się skończyły, ale jakoś nie mieliśmy ochoty się rozchodzić. Nawet Amity.
-Jak ja teraz wyrwę jakąś laskę z taką fryzurą? Zapuszczałem je przez dwa miesiące!- jęknął Tony, chowając twarz w dłoniach. Ben nie przestawał klepać go po plecach, a ja podniosłam na nich wzrok, zaciekawiona. Jakaś śliczna blondynka stanęła nad Tonym, uśmiechając się nieśmiało.
-Mi się podoba- odparła, a Tony podniósł na nią wzrok. A widząc jej śliczną twarzyczkę, znieruchomiał i przybrał minę podobną do barana, który patrzy na rozpędzoną ciężarówkę, która za chwilę go potrąci. Oczywiście, nie wiem jaką minę ma taki baran, ale przypuszczam, że właśnie tak wygląda.
-D-dzięki- wymamrotał Tony, patrząc na nią prawie z otwartymi ustami. Odchrząknęłam znacząco, udając, że jestem zajęta pleceniem wianków z kwiatów koniczyny. –Jestem Tony- odparł, wstając i prawie przewracając się o wyciągnięte nogi Bena.
-Elizabeth- blondynka zachichotała słodko, zakrywając usta dłonią.
-Może… może masz ochotę na spacer, albo coś?- zaproponował niezdarnie Tony, drapiąc się po głowie. Elisabeth kiwnęła głową z zaróżowionymi policzkami i ruszyła ramię w ramię z Tonym w stronę jeziora.
-On coś mówił, że nie wyrwie żadnej laski?- zapytał Ben, przysiadając się do mnie.
-Coś obiło mi się o uszy- kiwnęłam głową, a Ben się uśmiechnął. Westchnęłam, patrząc zrezygnowana na wianek, który właśnie plotłam. Znaczy, to coś powinno wyglądać jak wianek, ale przypominało raczej splątane przypadkowe łodyżki kwiatków. Nigdy nie byłam dobra w pleceniu wianków. –No, skończyłam- oznajmiłam, kładąc wianek na trawie. Chłopacy spojrzeli mi przez ramię i, choć ich nie widziałam, mogę się założyć, że się wykrzywili.
-Wygląda całkiem… hm, ciekawie- odparł Anthony, a ja uniosłam brwi.
-Ta. Całkiem ładny supeł Charlie- Ben poklepał mnie po ramieniu, a ja spojrzałam na niego, robiąc duże oczy.
-To wianek! Nie żaden supeł!- fuknęłam, krzyżując ręce pod biustem. Gdy nagle usłyszałam za plecami prychnięcie Amity.
-Jak to jest wianek, to ja jestem Pamela Anderson- stanęła nade mną,  a potem zrobiła coś bardzo dziwnego. Usiadła po turecku naprzeciw mnie i zaczęła rozplatać mój wianek. Uniosłam brwi i patrzyłam zdumiona jak jej chude, długie palce, sprawie zaplatają ze sobą kwiatki tworząc spójną całość. I szybciej niż zdążylibyście powiedzieć: „Idealny manicure!”, wianek był już gotowy. –Tak to się robi- odparła i nałożyła sobie wianek na głowę. Chłopacy mruknęli coś w stylu „całkiem fajny”, a ja czekałam, aż Amity zacznie wrzeszczeć, że ma robala we włosach i, że znowu będzie musiała układać sobie swoją idealną fryzurę. Ale nic takiego się nie stało. A to mnie tak zszokowało, że zaczęłam się na nią gapić. –Czego?- fuknęła, a ja zamrugałam kilkakrotnie.
-Nie sądziłam, że umiesz pleść wianki z kwiatów- wybąkała, a jej idealne, ciemne brwi poszybowały wysoko.
-Ty wielu rzeczy o mnie nie wiesz- odparła i wzdrygnęła ramionami. Przez ułamek sekundy widziałam w jej oczach przebłysk uśmiechu. Nie takiego sarkastycznego, jak zawsze. Takiego zwykłego, życzliwego. Ale potem Amity mrugnęła i wszystko wróciło do normy. A ja nie mogłam pozbyć się dziwnego wrażenia. Może Amity wcale nie jest taka zła?

***

Właśnie przeżywałam razem z Zoey Redbird śmierć Smoka, gdy nagle ktoś się do mnie dosiadł.
-Cześć
-Mhm- mruknęłam, przegryzając marchewkę. Zwędziłam ją przechodząc obok kuchni. Tylko nie mówcie o tym kucharkom. Ani Louisowi. Bo on z pewnością zwędziłby wszystkie marchewki. A to kucharki mogłyby uznać za podejrzane.
-Co czytasz?
-Książkę
-O czym?
-O wampirach
-Ciekawa?
-Aha- ponownie wgryzłam się w marchewkę. Wiecie co? Zazdroszczę Stevie Rae. Żeby mieć tak przystojnego faceta! Dobra, najpierw był odrażającym pół krukiem pół człowiekiem. Ale potem stał się megaprzystojnym ciasteczkiem, którego ojciec jest megaprzystojnym i meganiebezpiecznym nieśmiertelnym.
-Charlie, słuchasz mnie w ogóle?- zamrugałam kilkakrotnie, wyrwana z zamyślenia. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że Chad Cooper siedzący obok mnie, mówił coś do mnie od dłuższej chwili.
-Pewnie- odparłam, odkładając książkę i posyłając mu uśmiech. Chad uniósł ciemne brwi. Od razu przestałam się uśmiechać. –Wybacz- uśmiechnęłam się przepraszająco, a Chad westchnął i pokręcił głową z lekkim uśmiechem. –Mógłbyś powtórzyć?- zapytałam, a Chad patrzył na mnie przez chwilę w milczeniu. W końcu zaczął mówić.
-Mówiłem, że mam problem.
-Serio? Jaki?- wypaliłam od razu, nie myśląc wiele. Po jakiejś sekundzie zdałam sobie sprawę jak wścibsko to zabrzmiało. –To znaczy, nie musisz mówić jeśli nie chcesz. Zrozumiem- wzdrygnęłam ramionami, przybierając normalny ton, a Chad ponownie przyglądał mi się przez chwilę, jakby dopierał słowa.
-Jest pewna dziewczyna…- ło panie! Wiedziałeś do kogo się z tym zwrócić. Możecie nazywać mnie jak chcecie. Ale z pewnością nie jestem Charlie Specjalistką w Sprawach Sercowych. O nie. Co to, to nie. –poznałem ją niedawno na imprezie i jakoś tak, wpadła mi w oko- odparł, a ja kiwnęłam w zamyśleniu głową. Ty, mnie też poznał na niedawnej imprezie! Jaki dziwny zbieg okoliczności! –I chciałem jej to jakoś powiedzieć, więc zacząłem wysyłać do niej anonimowe liściki, bo wiem, że lubi, gdy facet się o nią stara- momencik. –A teraz chciałbym się ujawnić i powiedzieć co do niej czuję, ale trochę się boję i nie wiem jak mam to zrobić. Charlie, co mam robić?- Chad spojrzał na
mnie z nadzieją, a ja nie mogłam przestać się na niego gapić jak sroka w gnat. Jak to wysyłał jej anonimowe liściki?! Jak to poznał ją na niedawnej imprezie?! Chyba nie chodzi mu o mnie?! Prawda?! Prawda?!?! –Charlie?- zamrugałam kilkakrotnie. Okej Charlie. Zachowaj spokój. Wszyscy wiedzą, że Chad jest megaprzystojny i ma świetny głos i w ogóle jest fajny. Ale on mi się nie podoba w TEN sposób. Lubię go- owszem. Ale nic więcej. NIC WIĘCEJ. I jak ja mam mu to powiedzieć? „Hej, Chad, posłuchaj, jesteś spoko koleś i w ogóle, ale nic między nami nie będzie”? Nie! Chad nie może być księciem na białym koniu! Spokojnie Charlie. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech… Dzięki Charlie, już mi trochę lepiej. Zawsze do usług!
-Wiesz- podjęłam, a Chad spojrzał na mnie z taką nadzieją w oczach, ze aż rozbolała mnie głowa. –może po prostu jej to powiesz?- a wtedy ona mu przypomni, że ma chłopaka, który jest członkiem One Direction! Tak! Genialny pomysł! Chad siedział przez chwilę w milczeniu, patrząc w stół. W końcu odwrócił się do mnie z szerokim uśmiechem i kiwnął głową.
-Chyba tak zrobię- odparł, a potem zrobił coś, czego się nie spodziewałam. Włożył rękę do kieszeni i wyciągnął z niej telefon. Po chwili przyłożył go do ucha, posyłając mi uśmiechy. Nagle rozdzwoniła się moja kieszeń. Zmarszczyłam brwi i wyciągnęłam telefon. Nieznany numer. Skąd Chad miał mój numer? I po co on w ogóle do mnie dzwoni? Nie może mi powiedzieć tego normalnie? Jak człowiek? Drżącym palcem nacisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam aparat do ucha.
-H-halo?- zdołałam wydusić z siebie. A potem zdarzyło się coś jeszcze dziwniejszego niż ta cała pokręcona sytuacja z Chadem. W słuchawce usłyszałam damki głos! I to nie byle jaki!
-Jesteś ostatnią osobą do jakiej chciałabym zadzwonić, ale tak się stało, że potrzebuję pomocy, a wszyscy mnie olali- prawie spadłam z ławki z wrażenia.
-Amity?!- pisnęłam jak ostatnia idiotka.
-Nie, Święty Mikołaj, palantko- prychnęła, a ja spojrzałam kątem oka na Chada. Uśmiechał się i
mówił coś w stylu: „Hej, Mandy, możemy się spotkać?”. Nagle zauważył, że na niego patrzę, więc uśmiechnął się szerzej i powiedział bezgłośnie „dziękuję”. Posłałam mu lekki uśmiech i patrzyłam jak się oddala. To Chad nie mówił o mnie? Ja nie jestem tą dziewczyną? Chad nie jest moim Księciem na białym koniu? To kto nim w takim razie jest? Kurczaki. Nie mam zielonego pojęcia. Wiem, że to zabrzmi trochę głupio, ale czuję się teraz trochę dziwnie. Taka… pusta w środku. A skoro o pustości mowa… -Uwierz mi, nie dzwoniłabym do takiej palantki jak ty, gdyby to nie było na serio ważne- uniosłam brwi. Co mogło być tak ważne, że sama Amity zadzwoniła do takiej palantki jak ja? Znaczy, do mnie. Zadzwoniła do mnie. Ugh.
-Co się stało?
-Szłam sobie polaną, opalając swoje cudne ciało, gdy nagle ta pieprzona ziemia się pode mną osunęła i wpadłam do dziury. I teraz siedzę w tej pieprzonej króliczej norze i nie mogę z niej wyjść- zacisnęłam mocno wargi, by nie parsknąć śmiechem, ale i tak wyrwał mi się cichy chichot.
-I co cię tak śmieszy debilko? Może byś wzięła tą twoją chudą dupcie w troki, zgarnęła swoje stadko wzajemnej adoracji i przyszła mnie wyciągnąć?- warknęła, a ja wentylowałam się, by znów się nie roześmiać.
-Okej. Powiedz, gdzie jesteś. Zaraz będę.

***

Przez jakiś czas błądziłam, nie mogąc znaleźć dziury w ziemi. Ale dzięki Amity i jej wrednym wskazówkom jakoś dałam sobie radę. Uklękłam przed dziurą i oświetliłam ją komórką. Słońce już zaszło i zaczynało się ściemniać. Swoją drogą, co Amity robiła tak daleko od obozu? I to jeszcze SAMA. Gdy tylko ekran komórki oświetlił wnętrze dziury, zobaczyłam skuloną Amity, siedzącą na samym dnie. Była trochę ubrudzona ziemią, miała rozczochrane włosy, a jej dizajnerska bluzeczka i spódniczka nadawały się tylko do wyrzucenia. Były całe porwane i uwalone błotem. Nie mówiąc już o jej hiperwysokich obcasach, w których zawsze paradowała, niezależnie od pory roku. Amity zadarła wysoko głowę i ujrzałam jej idealną twarzyczkę i zmarszczone brwi.
-Długo zamierzasz się tak gapić palantko, czy wreszcie mi pomożesz?- mruknęła, a ja wywróciłam oczami. Schowałam telefon do kieszeni i wyciągnęłam do niej ręce.
-Czy ty zawsze musisz tak marudzić?- zapytałam, gdy wspinała się po stromej ścianie dziury, asekurowana przez moje ręce.
-A czy ty zawsze musisz być tak wkurzająco grzeczna i ułożona?- odegrała się, a ja westchnęłam, woląc nie wdawać się z nią w kłótnie.
-Mogłabyś być milsza. Przyszłam ci pomóc. Zwłaszcza, że wszyscy oprócz mnie cię olali- odparłam, a potem stały się trzy rzeczy. Amity posłała mi wściekłe spojrzenie, jej obcas się złamał i poleciała z
powrotem na dno dziury. Z jedną różnicą. Tym razem pociągnęła mnie za sobą. –Ałaaaaa- jęknęłam, siadając na twardej ziemi i łapiąc się za plecy. Strasznie bolała mnie pupa.
-I co zrobiłaś? Musiałaś mnie rozproszyć? Przez twoje gadanie teraz obie tkwimy w tej pieprzonej dziurze!- fuknęła, z frustracją zdejmując buty. –Przez ciebie złamałam obcas.
-To wcale nie moja wina! Tylko twoja! Kto normalny chodzi po lesie w dwunastocentymetrowych szpilkach?!
-Trzynasto- odparła.
-Co?
-Trzynastocentymetrowych szpilkach w woli ścisłości- mruknęła. –Poza tym, zawsze noszę szpilki. Bo zawsze chcę wyglądać olśniewająco- dodała i zarzuciła włosami. Powstrzymałam się, by się na nią nie rzucić i wyciągnęłam telefon z kieszeni.
-Zaraz po kogoś zadzwonię.
-Wreszcie zrobisz coś pożytecznego- odparła, wyciągając z włosów złamaną gałązkę, a ja już miałam się na nią rzucić, gdy nagle coś usłyszałam. Jakby warczenie. Warczenie bardzo dużego zwierzęcia.
-Słyszałaś to?- zapytałam, a ona spojrzała na mnie, unosząc sarkastycznie brew.
-Już do końca ześwirowałaś palantko?- rzuciła w odpowiedzi, a ja znowu usłyszałam ten dźwięk. Tylko, że bliżej.
-Shhhhhhhhhhhhhhhhhhh!- uciszyłam ją, zakrywając jej usta dłonią, a ona zaczęła się szarpać i coś mówić. –Lizanie nie pomoże- mruknęłam, czując na dłoni coś mokrego, przyzwyczajona do takich akcji. Jeśli się mieszka z Louisem, takie tanie chwyty są na porządku dziennym. Amity uspokoiła się, a dźwięk się powtórzył. Znowu. Dziewczyna zesztywniała. Odsunęłam dłoń i spojrzałam na nią dużymi oczami. –W Kanadzie są niedźwiedzie?- zapytałam, błagając w duchu, by zaprzeczyła. Ale ona tylko pokiwała sztywno głową, wyglądając jakby chciała uciec stąd jak najdalej. Ja też tego chciałam. I to jak! –Bądźmy cicho to może sobie pójdzie- szepnęłam, chodź w to wątpiłam. Stanowiłyśmy dla niego idealną, smaczną i łatwą w zdobyciu kolacje. Cholibka. Pisałam właśnie wiadomość do Liama, że jesteśmy w niebezpieczeństwie i zaraz zje nas niedźwiedź, gdy nagle Amity zaczęła się trząść, a ja spojrzałam na nią, marszcząc brwi. Miała wielkie przerażone oczy i zbladła. Wskazywała na coś w górze. Spojrzałam tam, choć dobrze wiedziałam co tam zobaczę. Ogromnego,
głodnego niedźwiedzia! Zwierze zaryczało głośno, a my wrzasnęłyśmy przerażone. Amity przywarła do mnie, wciąż się trzęsąc, a ja, nie myśląc wiele, rzuciłam w zwierzaka tym co miałam w ręce- moim telefonem. –Idź sobie!- krzyknęłam, gdy trafiłam go w ogromny łeb. Niedźwiedź pokręcił głową, a potem spojrzał na nas i machnął łapą, która minęła nas o centymetry. Pisnęłam i cisnęłam w niego butem Amity. Odsunął się odrobinę, ale sobie nie poszedł. –Dawaj drugiego buta- odparłam, patrząc znacząco na Amity.
-Co?? Nie ma mowy! Wiesz ile one kosztowały?!- oburzyła się, przytulając do siebie drugą szpilkę. Zmarszczyłam brwi.
-I tak złamałaś obcas!- odparłam, wyszarpując jej buta i rzucając nim w zwierza. On warknął, sapnął i sobie poszedł. Uf. Przez chwilę milczałyśmy, opanowując emocje, gdy nagle coś rozdzwoniło się na górze.
-Co to?- zapytała Amity, a ja zmarszczyłam brwi. Melodia wydawała się znajoma. Zaraz… MÓJ TELEFON!
-Podsadź mnie- odparłam, patrząc na Amity, a ta uniosła brwi.
-Kpisz, czy o drogę pytasz?
-Podsadź mnie! Tam jest mój telefon!
-Rzuciłaś w niedźwiedzia telefonem?!
-A co miałam zrobić?! Chciałam mu rzucić ciebie, ale nie uniosłabym twojego grubego tyłka!- fuknęłam, a ona rozdziawiła usta, oburzona. Ale nic nie powiedziała. Wstała i podeszła do ściany tunelu, robiąc koszyczek z dłoni. Uśmiechnęłam się do niej i wspięłam. Gdy wystawiłam głowę ponad dziurę, ujrzałam telefon. Leżał kawałek dalej w trawie. Wyciągnęłam rękę, by go sięgnąć, ale był za daleko. –Podsadź mnie wyżej. Nie mogę dosięgnąć…- wysapałam, wyciągając rękę jak najdalej.
-Jesteś za ciężka. Nie dam rady!- sapnęła Amity z dołu, a gdy już prawie złapałam telefon, Amity mnie puściła i poleciałam w dół, a telefon odbił się od moich palców i przesunął się jeszcze dalej. Opadłam ciężko na dno dziury, obok Amity. Przez chwilę leżałyśmy w ciszy, sapiąc.
-To tyle jeśli chodzi o mój telefon- mruknęłam, a potem mnie olśniło. –A twój? Można z niego zadzwonić do Matta, albo kogoś!- odparłam, uśmiechając się zadowolona, że niedługo ktoś nas stąd wyciągnie. Amity rzuciła mi komórkę.
-Padła chwilę po tym jak przyszłaś- spojrzałam na dotykowy, czarny ekran.
-No to dupa.
-No to dupa.

***

Nie mam pojęcia ile już siedziałyśmy w tej dziurze, ale zrobiło się zupełnie ciemno, a mój telefon dzwonił chyba z trylion razy. Cudownie. Leżałyśmy na dnie w milczeniu, patrząc na gwiazdy. Niebo było bezchmurne i gdyby nie fakt, że utkwiłyśmy jakieś trzy metry pod ziemią, ten wieczór byłby bardzo przyjemny. Westchnęłam przeciągle, mając dość tej ciszy.
-Kiedyś, jak byłam mała…
-O błagam, nie. Tylko nie zamęczaj mnie pieprzonymi opowiastkami z twojego nudnego życia przyzwoitki!- jęknęła Amity, a ja puściłam jej uwagę mimo uszu i kontynuowałam swoją opowieść.
-… rodzice zabrali mnie nad jezioro. Rozbiliśmy z tatą namiot przed domkiem i rozpaliliśmy ognisko. Mama przyniosła pianki, kiełbaski i gitarę i siedzieliśmy do późna jedząc, śmiejąc się i śpiewając. Fajnie było- zamilkłam, rozpływając się we wspomnieniach.
-A jak brzmi puenta?- zapytała po chwili milczenia Amity, a ja zamrugałam kilkakrotnie i
przekręciłam głowę, by na nią spojrzeć. Wzdrygnęła ramionami i przybrała obojętną minę. –Nie żeby mnie to za bardzo interesowało, czy coś…
-Ciesz się chwilą obecną póki możesz, bo potem może ci jej brakować- odparłam i zapanowała cisza, podczas której wsłuchiwałyśmy się w cykanie świerszczy i hukanie sów.
-Bardzo za nimi tęsknisz?- nagle Amity przerwała ciszę, a ja spojrzałam na nią zaskoczona. –Za rodzicami w sensie- dodała, a ja przez chwilę patrzyłam na nią, nie mogąc ukryć zdumienia. To na pewno ta sama Amity, która nie tak dawno temu robiła wszystko, by odbić mi Harrego i mnie wkurzyć? Bo jakoś nie chcę mi się wierzyć.
-Pewnie. Codziennie o nich myślę- przyznałam, a Amity przez chwilę przyglądała mi się w milczeniu, jakby bijąc się z myślami.
-Moi starzy mają mnie gdzieś- oznajmiła, wypuszczając powietrze z płuc, a ja uniosłam brwi. –Dla nich liczy się tylko kasa, sława i to co pomyślą inni. Przypominają sobie o mnie tylko wtedy, gdy mogą na tym coś zyskać.
-Nie wiedziałam- wybąkałam, a ona odgarnęła kosmyk idealnych włosów z twarzy i wzdrygnęła ramionami, przybierając obojętną minę.
-Jakoś zbytnio mi to nie przeszkadza. Oni olewają mnie, a ja dostaję od nich kasę na moje zachcianki- rzuciła, niby od niechcenia. Zmarszczyłam brwi patrząc jak znudzona ogląda swoje czerwone paznokcie. I nagle mnie olśniło.
-To dlatego tak maniakalnie zabawiasz się chłopakami! Bo czujesz się samotna!- odparłam, a Amity zrobiła taką minę, że myślałam, że na mnie nakrzyczy, ale ona tylko westchnęła.
-No co? Ja też mam uczucia- odparła, a mi aż szczęka opadła. Niemożliwe! Amity Królowa Lodu jednak coś czuje! Już nie mogę się doczekać widoku miny Dylan i Jessy’ego, gdy im o tym powiem! –Jeśli komuś powiesz, to zadbam o ty, by już nikt nigdy się do ciebie nie odezwał- zagroziła, gromiąc mnie spojrzeniem brązowych oczu.
-Nawet o tym nie pomyślałam- mruknęłam, a Amity tylko uniosła jedną brew. No dobra. Pomyślałam o tym. Ale ona nie musi o tym wiedzieć. Nagle, nie panując nad ustami, powiedziałam: -Wiesz, wcale nie jesteś taka zła jak myślałam- Amity spojrzała na mnie zaskoczona i prychnęła, ale mojej uwadze nie umknęło, że uśmiechnęła się na milisekundę, a w jej oczach pojawiły się radosne iskierki. I żeby było jeszcze dziwniej, usłyszałam krzyki chłopaków w oddali.
-Charlie!!! Charlie, gdzie jesteś?!?!- momentalnie podniosłam się na nogi.
-TUTAJ JESTEŚMY!- wrzasnęłam, skacząc w miejscu i wymachując rękoma, jak jakaś wariatka. Po chwili nad sobą widziałam pięć zadowolonych, zmartwionych i zdziwionych twarzy. To ostatnie, jak się pewnie domyślacie, z powodu Amity. Kto by pomyślał, że utkniemy w jednej dziurze? Na pewno nie ja.
-Co się stało?- zapytał Zayn, unosząc brwi i patrząc dużymi oczami na Amity.
-Długa historia- machnęłam tylko ręką. –Wyciągnijcie nas lepiej, zanim ten niedźwiedź wróci.
-Niedźwiedź?! Jaki niedźwiedź?!- pisnął Louis, przysuwając się do Nialla i rozglądając się niespokojnie dookoła. Blondas tylko pokręcił głową i wyciągnął do mnie ręce. Już prawie je chwyciłam, gdy Amity nagle zepchnęła mnie na bok i sama złapała Nialla.
-Ja pierwsza palantko- odparła w moim kierunku i zaczęła trzepotać rzęsami do Nialla, który ją wyciągnął. Ten uśmiechnął się nieśmiało i odsunął kawałek od niej. Wywróciłam oczami i złapałam się mocno silnych ramion Harrego, które wyciągnęły mnie na powierzchnię.
-Dzięki- posłałam mu uśmiech, a on nieśmiało odwzajemnił gest. I nagle, jakby przypomniał sobie o obecności Amity i naszym małym kłamstwie, przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił.
-Zawsze do usług- szepnął mi we włosy, a ja mimowolnie się uśmiechnęłam i rozluźniłam odrobinę w jego ramionach. I wszystko byłoby okej, gdyby Amity nagle się nie odezwała.
-Nie wciśniecie mi kitu, że jesteście parą- odsunęłam się odrobinę od Harrego i spojrzałam na nią dużymi oczami. Jedną rękę wsparła na biodrze, a drugą wskazywała na Harrego i mnie. –No, przynajmniej nie z miesięcznym stażem.
-Co masz na myśli?- zapytał Harry i wiedziałam, że marszczy brwi, jak zawsze, gdy zaczyna się denerwować, ale jeszcze nie wie, czy ma ku temu powód.
-Nie zachowujecie się jak para bezgranicznie w sobie zakochanych ludzi. Po prostu. Nie widzę między wami tego ciągłego: „Jak ja bardzo cię kocham”, „Ja ciebie bardziej”, „Nie, bo ja ciebie” bla, bla, bla, rzyg, bla- mruknęła, a gdyby nie fakt, że właśnie odkryła coś czego odkrywać nie powinna, pewnie wybuchnęłabym śmiechem. –Niezaprzeczalnie coś jest między wami, ale po prostu nie przypominacie mi pary „słodziaśnych zakochanych w sobie po uszy ludzi”. Wyglądacie raczej jakby Panna Grzeczniutka leciała na Pana Pięknisia, a Pan Piękniś na Pannę Grzeczniutką. I tyle- dodała, a ja czułam jak wnętrzności ściskają mi się w ciasny węzeł. –Nawiasem mówiąc, wy wszyscy- tu wskazała na całą naszą szóstkę, wpatrującą się w nią wielkimi oczami, palcem- jesteście mocno popieprzeni- stwierdziła i zarzuciła włosami. Dobra. Jakieś 30 sekund temu sądziłam, że nie może być dziwniej. Ale Amity jest do wszystkiego zdolna. –No, kto mnie poniesie?- zapytała, krzyżując ręce pod biustem i patrząc wyczekująco na chłopaków. Zauważyłam, że starannie omijała wzrokiem Harrego. Dziwne, co? No dobra. Harry dał jej nie dawno kosza, ale co z tego? To Amity Monrow na litość boską!
-Poniesie?- wydukał Liam, unosząc wysoko brwi, jakby wymawiał dziwne słowo w obcym języku. Amity westchnęła i wywróciła teatralnie oczami.
-Dokładnie mięśniaku. Poniesie- odparła, a mojej uwadze nie umknęło, że Liam uśmiechnął się odrobinę, gdy Amity nazwała go per „mięśniaku”. –Złamałam obcas. Chyba nie sądzicie, że pójdę boso przez las?- prychnęła, a ja ze zdziwieniem odkryłam, że trzyma oba buty w rękach. Kiedy ona je znalazła? Myślałam, że niedźwiedź je zżarł.
-Przyszła w szpilkach do lasu?- mruknął pod nosem Zayn, a ja spojrzałam na niego i kiwnęłam głową.
-Dokładnie to samo powiedziałam- odparłam, a potem usłyszałam chichot Amity. Spojrzałam w jej kierunku i z niezadowoleniem stwierdziłam, że siedzi już na plecach Liama i łasi się do niego, i mruczy jak jakaś kotka.
-Nie wiedziałam, że jesteś taki silny, przystojniaku- zachichotała, uśmiechając się flirciarsko i wbijając mu swoje cycki w plecy. –I te stalowe mięśnie!- Liam uśmiechnął się głupkowato.
-Czasem zdarza mi się chodzić na siłownie- odparł wymijająco, a ja uniosłam brwi. Czasem?! Przecież on na siłownie chodzi co najmniej trzy razy w tygodniu! Trzy! Ja na siłowni byłam tylko RAZ W ŻYCIU, ale obiecałam sobie, że już nigdy więcej tam nie wrócę. Choćby nie wiem co. Zresztą, oni pewnie też nie chcą mojego powrotu. Gdy nas wyrzucali, zauważyłam, że przykleili do drzwi kartkę z moim zdjęciem w przekreślonym, czerwonym kółku. To chyba miało znaczyć, że nie mam tam wstępu. Chyba. Ale o co im chodzi? Skąd miałam wiedzieć, że nie można grać w piłkę na sali?! Przecież nie zniszczyłam aż tak dużo sprzętu! Tylko kilka rowerów, bieżni, sztangę i półeczkę z ciężarkami, które wysypały się na napakowanego trenera. Ale spokojnie, wyszedł z tego cało. Tylko był trochę poturbowany. Tyle! Jakoś nie widzę powodu, by nałożyć na mnie zakaz dożywotniego wstępu na tą siłownie. I kilku sąsiednich, bo jak się później okazało, napakowany trener, który okazał się kierownikiem, czy coś, ma dużo przyjaciół w branży. Ale wracając do wypinającej cycki Amity i Liama, któremu to się wyraźnie podobało.
-Lubię silnych facetów. Są tacy seksowni- zamruczała Amity, a ja zamrugałam kilkakrotnie, robiąc duże oczy.
-Doprawdy? A ja zawsze sądziłem, że dziewczyny w szpilkach są niezwykle pociągające- odparł Liam, posyłając jej swój stuwatowy uśmiech, a Amity zachichotała i zatrzepotała rzęsami. Z wrażenia aż rozdziawiłam usta. ŻE CO PROSZĘ?!
-Że co proszę?!- sapnął Louis, najwyraźniej czytając mi w myślach.
-Najwyraźniej nie tylko Niall znalazł sobie dziewczynę na obozie- stwierdził Zayn, a Niall od razu się zaczerwienił i zaczął mówić, że Effie to nie jego dziewczyna. Swoją drogą, zauważyłam, że Effie wcale nie przeszkadza, gdy Niall mówi do niej Effie. A przecież ona nie lubi tego imienia! Poooooodeeeeeeeeeejrzaaaaaaaaaaaaneeeeeeee!
-Normalnie nie poznaję Liama- usłyszałam nad sobą i podniosłam wzrok na Harrego. Zerknął na mnie, uśmiechnął się lekko, a potem ponownie spojrzał na Liama, który przemierzał już las z chichoczącą Amity na plecach.
-Ta. Co kobieta potrafi zrobić z facetem- westchnęłam, Harry się zaśmiał i ruszyliśmy przed siebie. Chcieliśmy dotrzeć do obozu zanim wzejdzie słońce, żeby mieć trochę czasu, by się wyspać przed trąbkową pobudką Matta. Uśmiechnęłam się do Harrego i podeszłam do Nialla, który spierał się z Zaynem, że Loki jest szują, ale nie taką jak Mroczne elfy, a Thor ma naprawdę zarąbisty młotek. O dziwo Liam nie włączył się w dyskusję. Pojmujecie powagę tej sytuacji?!
-Loki jest spoko. Lubię go. Jako jedyny z tej boskiej rodzinki ma poczucie humoru- odparłam, Niall kiwnął potwierdzająco głową, a Zayn już otwierał usta, by powiedzieć coś innego. I nie myślcie, że zapomniałam o tym co powiedziała Amity. O Harrym, o mnie i o naszym „związku”. Po prostu wolałam jakoś o tym teraz nie myśleć. Harry chyba też, bo rozmawiał o czymś z Louisem, gestykulując mocno.
-Jasne! Zaraz mi powiecie, że Kapitan Ameryka przypakował tak na siłowni!- prychnął Zayn, a ja się napuszyłam.
-Od Kapitana Ameryki i jego cudownych mięśni wara!- fuknęłam. –Poza tym, Lokiego gra Brytyjczyk. Gdzie twój patriotyzm Zayn?!

***

Gdy doszliśmy do obozu, było już grubo po północy i wszyscy siedzieli już w swoich domkach. Przemierzaliśmy jak najciszej plac główny, by nikogo nie obudzić. Gdy nagle Amity zaczęła tak głośno chichotać, że myślałam, że obudzi cały obóz. Całą piątką posłaliśmy jej mordercze spojrzenie, a ona zamilkła i prychnęła pod naszym adresem. Tak, Liam wciąż niósł ją na barana. A ona wciąż z nim flirtowała. A jemu wciąż się to podobało.
-Wiecie, że od dwunastej do drugiej w nocy straszą duchy?- szepnął Louis, a ja wywróciłam oczami.
-Ta, jasne. A w każdą pełnie pan Pumpkin zmienia się w wilkołaka- mruknęłam, a chłopacy się zaśmiali. Pan Pumpkin to nasz sąsiad. Nasz sąsiad posiadający wyjątkowo bujne owłosienie na całym ciele. FU. Nagle coś białego mignęło mi kątek oka. Spojrzałam tam, ale nic podejrzanego nie zauważyłam. Tylko ciemność. Wzdrygnęłam ramionami i szłam dalej. W jednej sekundzie zwyczajnie szłam, a w następnej coś czarnego przebiegło mi przed nosem, ocierając się o moje nogi. Podskoczyłam i pisnęłam. Okej. Zaczyna się robić trochę dziwnie.


-Co się stało Charlie?- szepnął Harry, podchodząc do mnie bliżej. Zadrżałam.
-Coś czarnego otarło się o moje nogi, a potem zniknęło- wymamrotałam, rozglądając się dookoła wielkimi oczami.
-Brawo Louis! Nastraszyłeś ją!- fuknął Harry, a Lou uniósł ręce w obronnym geście i ruszył przed siebie. Styles otoczył mnie ramieniem i przyciągnął bliżej siebie.
-Kiedy ja naprawdę coś widziałam!- odparłam, odsuwając się od niego. Harry zmarszczył brwi i już chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył, bo mu przerwałam. A raczej zrobił to mój wrzask. Przed nami, w cieniu, stała jakaś biała postać. Kobieta. W białej koszuli nocnej do ziemi i z czarnymi, rozpuszczonymi włosami, które zakrywały jej twarz. Wrzeszczałam, a gdy chłopacy też ją zauważyli, dołączyli do mnie. Nie minęło pięć sekund, a cała nasza siódemka darła się w niebogłosy i uciekała ile sił w nogach. A najgorsze było to, ze to coś nas goniło!
-Ten duch wygląda jak ten z The Ring!- pisnął Zayn, a ja wytrzeszczyłam oczy i przyspieszyłam. Nie chcę żeby zabiła mnie jakaś dziewczynka ze studni!
-Zamknij się i wiej!- krzyknął Louis, wyprzedzając go i z pewnością wpadłby na Matta, gdyby nie zatrzymał się jakieś dwa centymetry przed nim.
-Co tu się dzieję?!- wychrypiał, marszcząc brwi. Wyglądał jakby właśnie ktoś wyrwał go siłą z łóżka. I pewnie tak było. Momentalnie się zatrzymaliśmy, a po sekundzie duch podbiegło do nas i zatrzymał się jakieś pół metra ode mnie.
-T-t-t-ten duch nas g-gonił!- wyjąkał Louis. Zesztywniałam i nie mogąc wydusić z siebie słowa, patrzyłam jak Harry chowa mnie za sobą i patrzy zawziętym wzrokiem na ducha. I pewnie byłabym mu wdzięczna i w ogóle, za ten nagły przejaw odwagi, gdyby nie fakt, że osłaniał mnie przed DUCHEM. Czy on jest normalny?! Przecież to widmo coś mu zrobi! I już miałam powiedzieć mu żeby dumę schował do kieszeni i żebyśmy wiali gdzie pieprz rośnie, gdy nagle Matt dostrzegł ducha i westchnął męczeńsko.
-Jena! Obudź się i wracaj do łóżka!- krzyknął Matt, potrząsając duchem, a ja czułam jak krew odpływa mi z twarzy.
-O-o-ocipiałeś?! To d-d-d-duch idioto!- pisnęła Amity, mocniej wtulając się w Liama, który miał minę jakby chciał pościć pawia. Jednak nagle, jakby przypominając sobie o obecności Amity za jego plecami, wyprostował się i naprężył wszystkie mięśnie, przybierając minę superbohatera.
-Nie bój się! Obronię cię!- odparł, a ja mimo tego całego strachu, wywróciłam oczami. Serio Liam? Serio?
-To żaden duch. To Jena, nasza pielęgniarka- odparł, a kobieta drgnęła dziwnie i podniosła głowę, rozglądając się sennym wzrokiem dookoła.
-Co się stało?- wychrypiała jakby dopiero co się obudziła. Matt poklepał ją po ramieniu i spojrzał na nią troskliwie.
-Znowu lunatykowałaś i przestraszyłaś kilkoro obozowiczów. Połóż się lepiej, już późno- Matt ponownie poklepał ją po ramieniu, a Jena kiwnęła sennie głową i ziewając udała się do swojego domku. Uniosłam brwi. Że co? Potem Matt obrócił się do nas i przetarł oczy. –Co wy tu robicie o tej porze?- zapytał. Niall już otwierał usta, by mu wyjaśnić, gdy on nagle mu przerwał. –Nie. Dobra. Nie chcę wiedzieć. Po prostu idźcie już spać- odparł i nie zaszczycając nas spojrzeniem, wrócił do swojego domku i poszedł spać. Przez chwilę staliśmy w milczeniu, nie za bardzo rozumiejąc co się przed chwilą stało.
-Okej. To było…
-Dziwne- dokończył Louis, a Niall kiwnął głową. I pewnie jeszcze długo byśmy tak stali, gdyby nie Amity i jej flirty z Liamem.
-Naprawdę chciałeś mnie obronić? Mój bohaterze!- pisnęła, rzucając się mu w ramiona. Liam z szerokim uśmiechem superbohatera odwzajemnił uścisk i poszedł ją odprowadzić. Wykrzywiłam się.
-Jeśli zaczną się całować, rzygnę- odparłam.
-Ta, ja też- przytaknął Niall, kiwając głową z krzywą miną.
-Wiecie co? Padam z nóg. Chodźmy już lepiej spać- mruknął Harry, przeciągając się sennie. Uśmiechnęłam się na myśl o ciepłym prysznicu i mięciutkim łóżku i zwartym krokiem ruszyliśmy w stronę domku. Coś czuję, że rano nawet trąbka Matta nie będzie w stanie mnie obudzić.

_____________________________________________________________________

Bum! Następny.
Wiecie co? Jakoś zbytnio nie pomogliście mi przy wybieraniu osoby, która w zwiastunie ma się wcielić w Charlie. Dlatego postanowiłam, że nie mam ochoty marnować czasu na szukanie idealnej dziewczyny i, że nie będę robić zwiastuna. SORY. Taki mamy klimat.
Liceum to nie bajka. Sama się o tym przekonałam. Strasznie dużo nauki (nawet ze ścisłych, a fakt, że jesteś na humanie wcale nie uratuje ci tyłka). Ale ludzie w klasie są bardzo spoko, więc jakoś przeboleję tę naukę.
Na polepszenie humoru kawał:
Dlaczego sosna nie jest głodna?
...
Bo jodła!
Bum-tsa!
Mocz śmiechu normalnie.
No nic, ja się zwijam.
Więc...
Do zobaczenia!
Niech moc będzie z wami!
Nadchodzi zima!
I inne takie.