sobota, 7 czerwca 2014

Rozdział 37

**Rozdział 37**


O dziwo dziś obudziłam się przed trąbką. Może dlatego, że wszystko nadal mnie bolało. Może. Wzięłam swoje rzeczy i okulary i poszłam do łazienek. Co tam. Raz na jakiś czas można wstać o… 6?! Charlie, czy ciebie do końca pogięło?! Przecież są wakacje! Możliwe.

***

Gdy wróciłam do domu, z okularami na nosie, zegarek wskazywał 6:30. Odniosłam swoje rzeczy i z niezadowoleniem stwierdziłam, że jest 6:31. Boże, jak ten czas się dłuży! Usiadłam na łóżku, oparłam twarz na dłoniach i patrzyłam przez otwarte drzwi na śpiących chłopaków. Gdy śpią wyglądają tak spokojnie. Jak banda aniołów. Ale to żadna banda aniołów. To banda diabłów wcielonych. Która codziennie rano wskakuje mi na łóżko i wykrzykuje dziwne rzeczy. Uśmiechnęłam się złowieszczo, wiedząc co będę robić. Czas na zemstę!

***

Powiem jedno: wtaszczyć ogromny głośnik ze sceny do naszego domku nie było łatwo. Ale jakoś dałam radę. Dobrze, że znalazłam ten wózek. Wolę nie wiedzieć ile musiałabym się męczyć, by zataszczyć tu ten gigantyczny głośnik bez wózka. Serio był gigantyczny. Jak nic miał 1,6 metra. Byłam wyższa od niego tylko o głowę. Otarłam pot z czoła i podłączyłam go do kabla podłączonego do tamtych głośników, który przytaszczyłam ze sobą. Oczywiście musiałam wcześniej znaleźć przedłużacz, ale to co, opłacało się. Ostatni kabel podłączyłam do mojego telefonu i z wielką satysfakcją, nacisnęłam play. Domek, plac, jezioro, cały obóz, przeszył cholernie głośny dźwięk, a ja czułam jak podskakuje cały domek. Chłopacy, jak jeden mąż zaczęli podskakiwać w łóżkach, szamotać się i wrzeszczeć. A potem pospadali na podłogę zaplątani w kołdry. Kołdrzana Zasadzka! Ha! Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni! Chyba nie muszę wspominać, że chichrałam się jak nienormalna, a chłopacy zaczęli coś do mnie wrzeszczeć, ale kompletnie nic nie słyszałam, bo przez ten głośnik chyba ogłuchłam. W końcu Niall wyplątał się jakoś z kołdry, podszedł do mnie, wyszarpnął mi telefon i zatrzymał piosenkę, mierząc mnie wściekłym spojrzeniem.
-Czy ciebie do końca pogrzało?!- krzyknął.
-Cooo?!- zawyłam, bo nie usłyszałam go dosyć wyraźnie. Niall nie zdążył nic więcej powiedzieć, bo drzwi chatki otwarły się nagle z impetem i stanął w nich Matt w bokserkach w kaczuszki i klapkach, mierząc nas nienawistnym spojrzeniem. A za nim stała reszta obozu w piżamach z równie wściekłymi minami. –On to zrobił!- krzyknęłam wskazując na Nialla, który trzymał telefon i nie mógł się z tego wykręcić i zwiałam nim ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć.

***

Przeczekałam całe zamieszanie, chowając się za pobliskim drzewem, a gdy wszyscy opuścili naszą chatkę i się rozeszli, wróciłam tam z szerokim uśmiechem na ustach. Chłopacy nadal byli zaplątani w kołdry, a Niall stał z moim telefonem w ręce z głupią miną.
-Dzień dobry misiaczki! Jak się spało?- zapytałam i już nie wrzeszczałam, bo mój słuch wrócił do normy. Oni od razu spojrzeli na mnie jakby chcieli mnie zamordować.
-Ty mała…
-Już nie mała. Przedwczoraj miałam szesnaste urodziny. Nie pamiętasz?- przerwałam Zaynowi, patrząc na niego z szerokim uśmiechem.
-… wredna diablico!- dokończył i nie zdążylibyście powiedzieć „niezłe kłopoty”, a chłopacy już wyplątali się z Kołdrzanej Zasadzki i zaczęli mnie gonić, a ja uciekałam wrzeszcząc jak nienormalna. Dzień jak co dzień, co nie?

***

Skończyło się na tym, że wylądowałam w jeziorze. Przed śniadaniem. Miodzio. Do stołówki weszłam nie dość, że z okularami przeciwsłonecznymi na nosie to jeszcze cała mokra. Idąc, zostawiałam po sobie mokre plamy. Postawiłam tacę na stole, obok tacy Harrego i chlupocząc trampkami, w których było pełno wody, usiadłam obok niego. A chłopacy byli wyraźnie z tego zadowoleni. I śmiali się za każdym razem, gdy
usłyszeli ten charakterystyczny dźwięk chlupoczącej wody w bucie.
-Dokładnie czego w zdaniu „nie umiem pływać” nie zrozumieliście?- zapytałam, unosząc brew, a oni tylko parsknęli śmiechem, zapychając usta jajkami, by nie musieć odpowiadać. Wywróciłam oczami, dźgając z zawziętością swojej jajko i wyobrażając sobie, że to tyłki chłopaków.
-Charls? Wzięłaś prysznic w ubraniu?- uniosłam głowę i spojrzałam na rozbawioną minę Bortona. Zmarszczyłam brwi.
-Ani. Słowa. Więcej- warknęłam, a on uniósł rękę w obronnym geście (w drugiej trzymał tacę z jedzeniem) i wycofał się do swojego stolika, wciąż się uśmiechając. Wiecie co? Kiedyś kupię nóż i powyrzynam wszystkich.  

***

Doszłam jakoś do chatki i z zadowoleniem stwierdziłam, że już prawie wyschłam. Z impetem otwarłam drzwi i usiadłam na swoim krześle. Wszyscy zamilkli dopiero po chwili, bo byli tak zajęci rozmawianiem o wczorajszej lekcji z Niallem, że nie zauważyli, że weszłam. Z tego co zdążyłam usłyszeć, wszystkim się bardzo podobało. Czyli mieliśmy niezły pomysł z tymi korepetycjami u Horana.
-Charlie, dlaczego wyglądasz jak topielica?- zapytał Austin, jasnowłosy chłopak z Australii, wyglądający na takiego, co cały dzień surfuje. I pewnie tak jest. Westchnęłam.
-Miałam dzisiaj ciężki poranek- mruknęłam i nikt nie pytał o nic więcej, choć chłopacy wyglądali, jakby chcieli pytać o coś więcej. A Amity z zawziętością stukała kciukami w ekran swojego telefonu, z obojętną miną. –To co, gotowi na zajęcia z Niallem? Dzisiaj w planach ma być perkusja- odparłam, nie wiedząc jak Niall chce to zrobić. Ale to już jego problem. Wszyscy pokiwali ochoczo głowami, a Amity nadal stukała w swój telefon. Bez słowa wstałam i ruszyliśmy całą grupą do domku numer siedem, skąd dochodziły podniecone pomruki rozmów. Gdy weszłam do środka, zobaczyłam niezły tłum, a w środku One Direction rozmawiające z jakimś chłopakiem. Ale nie mogłam zobaczyć kto to, bo Ed skutecznie wszystko mi zasłaniał swoją rudą czupryną. Czyli znowu wszystko popaprali. Skrzyżowałam ręce pod biustem. –Omawialiśmy to tysiąc razy, Aniołki Charlotty miały teraz mieć lekcję!- przekrzyczałam tłum i nagle zrobiło się ciszej, a chłopacy spojrzeli w moją stronę, uśmiechając się szeroko. A między nimi, równie szeroko uśmiechnięty stał, nie kto inny jak… panicz Devine. Wytrzeszczyłam oczy, gapiąc się na niego. Uśmiechał się dość dziwnie i wiedziałam już, że coś jest na rzeczy.
-Słyszałem o wczorajszym meczu- odparł, szczerząc kły, a ja zbladłam. Powiedzieli mu. O nie. Ale chyba Harry mu nie powiedział, że to wszystko przez to, że się na niego gapiłam? Spojrzałam na niego, a on delikatnie pokręcił głową. Odetchnęłam. –Pokaż oko!- zawył Josh, zbliżając się do mnie.
-Spadaj zboczeńcu. Nic nie będę ci pokazywać- prychnęłam, marszcząc brwi i robiąc groźną minę. Ale Josh się mnie nie wystraszył, bo okulary psuły cały efekt. Miodzio.
-No chodź tu Charlie! Wujek Josh chce cię uściskać!- wyciągnął do mnie ręce, a ja zaczęłam krzyczeć i uciekać. To już drugi raz dzisiaj. A chciałabym przypomnieć, że jeszcze nie ma południa.

***

Szalony pościg Josha, skończył się tym, że jakimś cudem wlazłam wysoko na drzewo i powiedziałam, że nie zejdę dopóki ten zboczeniec nie zostawi mnie w spokoju. Po tym jak Josh obiecał, że da mi spokój, chłopacy pomogli mi zejść. Louis niechcący rzucił we mnie liną, a ja, ku ogromnej uciesze chłopaków, wpadłam do jeziora. Znowu. Dzięki Bogu za wymyślenie wodoodpornego tuszu. Bo inaczej wyglądałabym jak potwór z Loch Ness.
-Pomóc ci?- zapytał Liam, ocierając łzy śmiechu.
-Nie dzięki. Dam sobie radę sama. Idźcie na zajęcia. Dołączę za chwilę- mruknęłam i sekund pięć, zostałam zupełnie sama. No, prawie. Na pomoście, obok mnie, przysiadł się Jessy. –Idź na zajęcia Borton- odparłam, wylewając wodę z butów. Ten się uśmiechnął, widząc moją wystraszoną minę, gdy wraz z wodą, z prawego trampka, wyleciała mała żaba i z pluskiem wpadła do jeziora.
-Myślisz, że nie umiem grać na perkusji?- zapytał, a ja wzdrygnęłam ramionami i wykręciłam sobie włosy. Jeszcze nie zdążyły mi wyschnąć od poprzedniego razu! Zwariować można normalnie. –Oj, Charlie, Charlie, ty to się umiesz pakować w kłopoty jak nikt- stwierdził Jessy, kręcąc głową, a ja opryskałam go wodą. –Swoją drogą, fajny stanik- odparł, a ja wytrzeszczyłam oczy i spojrzałam na niego. Przez zmoczoną bluzkę doskonale było widać żółty stanik z Atomówkami.
-Spadaj Borton- fuknęłam, a on się zaśmiał.
-Niby gdzie?
-Do wody 
-Co?- nic więcej nie zdążył powiedzieć, bo wepchnęłam go do wody. Wynurzył się po chwili, przegarniając włosy do tyłu. –Z-zimna- stwierdził, szczękając zębami.
-Mi to mówisz- westchnęłam, wywracając oczami. Nie polecam nikomu wpadania z zaskoczenia do jeziora. Nawet latem. Trzy słowa: strasznie zimna woda. Ciekawe ile ma stopni. Z siedemnaście? Może. A na zewnątrz jest z dwadzieścia pięć. Więc to sobie porównajcie. I pewnie jeszcze długo zastanawiałabym się nad temperaturą wody w jeziorze, grzyby Jessy mnie do niej nie wciągnął. Ale mnie wciągnął. I znowu byłam cała morka. Wynurzyłam się na powierzchnię, słysząc śmiech Bortona. –Nie żyjesz!- krzyknęłam i oboje zaczęliśmy się chlapać i wykrzykiwać dziwne rzeczy. I pewnie trwałoby to jeszcze długo, gdybym nie poślizgnęła się na jakimś kamieniu i nie wpadła do wody. Nie zdążyłam zabrać powietrza i już po chwili miałam mroczki przed oczami. Nie wiem co by się ze mną stało, gdyby Jessy mnie nie wyciągnął i położył na pomoście. Od razu zaczęłam się krztusić i wyplułam chyb z pięć litrów wody. Jessy pochylił się nade mną, wystraszony.
-Nic ci nie jest?- zapytał, a ja nie zdążyłam odpowiedzieć, bo niewiadomo skąd pojawił się Harry. Biegł w naszą stronę, z wściekłą miną. Co go ugryzło? Harry odsunął brutalnie ode mnie Jessy’ego i pochylił się nade mną. Od razu rysy mu złagodniały.
-Jesteś cała? Nic ci się nie stało?- pokręciłam w odpowiedzi głową, czując jak ta pulsuje mi strasznie, wyjąc o tlen. Wciągnęłam powietrze przez nos, czując jak bolą mnie płuca i piecze gardło. To nie było przyjemnie. Potem Harry wstał i odwrócił się do Jessy’ego i przybrał wcześniejszy wyraz twarzy, który można było określić tylko dwoma słowami: czyta furia. –Oszalałeś?! Przez ciebie mogła się utopić!- ryknął, a Jessy się zmieszał.
-Ja wcale nie…
-Ty masz w ogóle mózg?! Jeszcze chwila, a byłoby po niej!- kątem oka dostrzegłam, jak wszyscy wyszli z chatki numer siedem i przypatrywali się teraz temu w milczeniu. Tylko nigdzie nie widziałam chłopaków.
-To był wypa…
-Lepiej się już do niej nie zbliżaj i zostaw ją w spokoju, Borton!- warknął Harry, a ja byłam zbyt słaba, by móc cokolwiek zrobić. Jessy zmarszczył brwi i wyglądał na naprawdę wściekłego.
-Bo co?! Bo jesteś o nią zazdrosny?! To nie moja wina, że się poślizgnęła! To był wypadek durniu!- krzyknął Jessy, a ja pierwszy raz widziałam tak wściekłego Harrego.
-Jak mnie nazwałeś?!
-Durniem!- wykrzyknął Jessy. –Nie dość, że głupi, to jeszcze głuchy! Umyj uszy dupku!- po tych słowach stało się coś, czego nikt nie był w stanie przewidzieć. Harry rzucił się na Jessy’ego i uderzył go w nos, który po chwili zaczął krwawić. Ten mu oddał i rozciął Harremu wargę. I wtedy dostrzegłam chłopaków. Rzucili się na nich i rozdzielili zanim zdążyli się ponownie uderzyć. Liam i Josh złapali Jessy’ego, a Zayn i Louis Harrego. Niall stał między nimi, pilnując, by się do siebie nie zbliżali. Poziom testosteronu w powietrzu był tak wysoki, że moje Kobiece Antenki do Wykrywania Testosteronu wariowały. Po chwili Harry wyrwał się chłopakom, a ja z przerażeniem patrzyłam jak Niall obrywa w szczękę, po tym jak zasłonił Jessy’ego. Blondas zmarszczył brwi i przyłożył z liścia Harremu prosto w twarz. Plask był tak głośny, że rozszedł się echem po całym obozie.
-Ogarnij się stary! Nie rób scen! Chcesz żeby to wszystko było we wszystkich jutrzejszych gazetach?- warknął i wskazał na tłum, który wszystko nagrywał. Harry pokręcił głową, a chłopacy puścili go bez słowa. Sekundę później zjawił się Matt.
-Co tu się dzieje?!- krzyknął, ale nikt mu nie odpowiedział. Usiadłam i walcząc z silnym bólem głowy, próbowałam wstać. Lecz zanim zdążyłam to zrobić, pochwyciły mnie silne i napięte ze złości ramiona Harrego. Bez słowa pozwoliłam mu się nieść i oparłam głowę o jego ramię. Spojrzałam na jego policzek, gdzie odcisnęła się dłoń Nialla. Musiał mu na serio mocno przywalić.
-Krew ci leci- stwierdziłam, patrząc na jego wargę. On jednak nie odpowiedział. Nawet na mnie nie spojrzał. Szczękę miał zaciśniętą, a brwi zmarszczone. Westchnęłam. –Dlaczego to zrobiłeś?- zapytałam słabym głosem. Wciąż kręciło mi się odrobinę w głowie. Harry milczał. Jednak po chwili spojrzał na mnie, odrobinę łagodniej.
-Nic ci nie jest?- zapytał głosem ochrypłym od wściekłości. Spojrzałam mu głęboko w oczy, ale on odwrócił wzrok.
-Jeszcze żyje- mruknęłam, marszcząc brwi. Czy on zawsze musi być taki… taki… taki skomplikowany?! Po chwili Harry kopniakiem otwarł nasz domek i położył mnie na moim łóżku. Usiadłam i bez słowa patrzyłam jak wyciąga z szafy ręczniki i suche ubrania. Podał mi to wszystko i odwrócił się, bym mogła się przebrać. Bez słowa przebrałam się w suche ubrania i wytarłam włosy ręcznikiem, a Harry podszedł do okna z kamienną twarzą. Patrzyłam uparcie w jego plecy tak intensywnie, że zdziwiłam się, że jeszcze nie wypaliłam mu dziury w koszulce. W końcu odwrócił się do mnie i podszedł do łóżka. Zmarszczyłam brwi i skrzyżowałam ręce pod biustem. Byłam na niego zła. Bardzo zła. Uderzył Jessy’ego i osądził go o coś, czego nie zrobił.
-Jessy nic nie zrobił. To był wypadek. Poślizgnęłam się na kamieniu i…
-Po co wciągał cię znowu do wody, wiedząc, że nie umiesz pływać?- przerwał mi, a ja zbaraniałam, patrząc na niego dużymi oczami.
-Każdemu mogło się to zdarzyć!- odparłam. –Nawet zawodowemu pływakowi!
-Ale stało się tobie!- krzyknął. –I to jego wina!- zmarszczyłam brwi, czując jak przyspiesza mi puls i siły do mnie wracają. 
-To nie jego wina! Mówiłam ci! To był wypa…
-Nie możesz dłużej zadawać się z tym dupkiem- przerwał mi, patrząc w oczy, a ja już miałam dość. Czara się przelała. Nie byłam już na niego zła. Byłam wściekła.
-Nie będziesz mi rozkazywał z kim mogę się przyjaźnić, a z kim nie!- krzyknęłam, zeskakując z łóżka.
-To dla twojego dobra. On nie potrafi o ciebie zadbać i…
-Sama potrafię o siebie zadbać! Nie jestem dzieckiem!
-Nie rozumiesz, że chcę dla ciebie jak najlepiej?!
-Nikt nie będzie mi rozkazywał!- wrzasnęłam. –A zwłaszcza ty!
-Bo co?! Bo mi na tobie zależy?!- ryknął.
-Bo sam nie potrafisz znaleźć sobie innych przyjaciół! Uczepiłeś się mnie i jesteś zazdrosny, bo przyjaźnię się z Jessy’m!- wrzasnęłam, ciskając w niego telefonem. On, zszokowany zakrył się ramieniem i spojrzał na mnie wielkimi oczyma. –Odwal się wreszcie ode mnie- powiedziałam i wyszłam z pokoju, mijając po drodze zszokowanych chłopaków. Zignorowałam ich i trzasnęłam drzwiami. Co za dureń! Jeszcze tego brakowało żeby wybierał mi przyjaciół! Borton też jest cymbałem! Musiał zgrywać macho?! Wszyscy faceci są tacy sami! Mam już tego wszystkiego po dziurki w nosie!

***

Dlaczego wszyscy faceci muszą być takimi dupkami? Dlaczego zawsze muszą wszystko psuć? Dlaczego?! Kopnęłam z wściekłością kamyk, który wpadł w najbliższe krzaki i wystraszył kilka wiewiórek. Chcąc uciec od nich jak najdalej, pobiegłam do lasu. I szłam przed siebie, wciąż rozmyślając jakimi oboje są wielkimi świniami. Przystanęłam i rozejrzałam się dookoła. Nawet żywej duszy. Gdzie ja właściwie jestem? Ponownie się rozejrzałam, ale widziałam to miejsce pierwszy raz w życiu. Obejrzałam się za siebie. Coś poruszyło się w krzakach. Wzdrygnęłam się mimowolnie. Skąd ja w ogóle przyszłam? Spojrzałam na krętą dróżkę, starając sobie cokolwiek przypomnieć. Niestety. Byłam tak wściekła na Harrego i Jessy’ego, że nie zwracałam uwagi gdzie idę. Cofnęłam się w myślach, przypominając sobie jak jechaliśmy na obóz. Niestety, było wtedy już ciemno i nic nie widziałam. Przez tych dwóch dupków się zgubiłam. Super. Sięgnęłam do kieszeni, chcąc wyciągnąć telefon. Ale go tam nie było. Przeszukałam szybko wszystkie kieszenie i nic. No tak. Przecież rzuciłam nim w Harrego. Cudownie. Po prostu cudownie. Oparłam się o pobliskie drzewa i skrzyżowałam ręce na piersi. Może jak poczekam, ktoś po mnie przyjdzie. Przecież na pewno musieli mnie szukać. Krążę tutaj od kilku godzin. Westchnęłam i spojrzałam na niebo, które zaczęło się robić granatowe i na którym widać było okrągły księżyc i coraz więcej gwiazd. Nagle coś zahuczało, zapiszczało, syknęło i poruszyło się w niedalekich krzakach. Spojrzałam na nie z niepokojem. Spokojnie Charlie, to pewnie zwykła wiewiórka. Mała, ruda wiewiórka szukająca orzechów. Bo raczej to nie jest ten wściekły szop, który prawie cię zjadł. Nie. On został wywieziony do weterynarza… A co jeśli im zwiał i wrócił, by się zemścić? Ponownie spojrzałam na krzaki, a gdy ujrzałam parę świecących oczu, wrzasnęłam i zaczęłam uciekać przed siebie.

***

Charlie, jesteś skończoną idiotką. Wystraszyłaś się malutkiego jelonka. I zgubiłaś się jeszcze bardziej. Cudownie. Przysiadłam na dużym kamieniu i westchnęłam. Może jak wespnę się na wysokie drzewo, to zobaczę obóz i będę wiedziała, w którą stronę mam iść? Tak, to dobry pomysł. Po krótkim szukaniu wysokiego drzewa, znalazłam ogromny dąb i używając całej siły mięśni, próbowałam się na niego wspiąć. Jednak kilkanaście odrapań później, stwierdziłam, że to nie ma sensu. Wykończona, ponownie przysiadłam na kamieniu, dumając. Jak mam wrócić do obozu? Mam tu siedzieć i czekać na cud? Lub na jakiegoś wielkiego niedźwiedzia, który mnie zje i już nigdy więcej nie zobaczę Paula z rodziną, Dylan i Connora, Daniel i Elki, Jessy’ego, Louisa, Liama, Zayna, Nialla i Harrego? Nagle do oczu napłynęły mi łzy. Byłam głupia, że tak się na nich wściekłam. Teraz tego żałuję. Jeśli wrócę do obozu, rzucę się na szyję Harremu i zacznę go przepraszać. Nie mogę się poddawać. Muszę coś zrobić. Może jak zacznę krzyczeć, to ktoś mnie usłyszy? Warto spróbować. Podniosłam się i zaczęłam krążyć w koło, nawołując.
-Hej! Jestem tutaj! Słyszy mnie ktoś?!- po dwudziestu minutach zaczęłam charczeć jak zapchana rura, a słońce zaszło i zrobiło się kompletnie ciemno i zimno. Nie widziałam prawie nic. Nagle usłyszałam jak ktoś nadepnął na małą gałązkę. Rozejrzałam się spanikowana. Co jeśli to jakiś psychopata ze strzelbą? A co jeśli to jakiś obozowicz, który mnie szuka? –Jest tu kto?!- wychrypiałam. –Halo?!- nagle usłyszałam czyjeś kroki i w ciemności mignęła mi zielona koszulka. To jakiś Skrzat?! –Tutaj jestem!- krzyknęłam na tyle głośno, na ile pozwalało mi gardło. Nagle z ciemności wyłonił się ogromny mężczyzna z długimi puszystymi czarnymi włosami i taką samą brodą. Widziałam tylko jego czoło, czarne oczy, nos i kawałek policzków. Był wysoki na dorosłego mężczyznę, a szeroki na trzech. Na nogach miał ogromne buciory, a w ręce trzymał wielką strzelbę, która błyszczała w ciemności. Ostatnie co widziałam to światło księżyca odbijające się od jego ogromnej strzelby.

***

Obudziłam się na kanapie przykryta kocem z sierści jakiś zwierząt. Strasznie zabolała mnie głowa i złapałam za nią, a wyczuwając bandaż, zdziwiłam się. Otwarłam oczy, a pierwsze co zobaczyłam to ogień w małym kominku, dający przyjemne ciepło. Potem dostrzegłam na nim czajnik z parującą wodą i wielki fotel obok kominka, na którym siedział największy facet jakiego kiedykolwiek widziałam. Skuliłam się pod kocem, a on chyba to zauważył.
-Nie bójta się. Nic panience nie zrobię- zagrzmiał jego głos, a ja z przerażeniem zauważyłam, że dłońmi wielkości pokryw na kosze od śmieci, czyścił swoją ogromną strzelbę. Moim zdaniem nie wyglądał wcale na takiego, który nic by mi nie zrobił. –Jestem tu leśniczym i akurat byłem na patrolu, gdy usłyszałem jak ktoś krzyczy. Pomyślałem sobie, cholibka, że kogoś napadł niedźwiedź, albo coś- odparł, a ja uniosłam brwi. –Więc tam poszedłem, a tam stała panienka i krzyczała. A kiedy mnie zobaczyła to zemdlała i uderzyła głową o kamień- dodał, a ja wytrzeszczyłam oczy. –Spokojnie. To nic poważnego. Niech skonam, znam się na pierwszej pomocy jak nikt!- połączenie słów „niech skonam” i „pierwsza pomoc” w jednym zdaniu jakoś nie dodały mi otuchy. –Panienka musi być z tego obozu, co kawałek dali otwarł ten bogacz z Anglii- kiwnęłam głową, wciąż zbyt wystraszona, by móc się odezwać. –Nic tylko powycinał pół lasu i wystraszył zwierzęta, cholibka!- zagrzmiał, uderzając wielką pięścią w stół, a ja się wzdrygnęłam. Mężczyzna chyba zauważył, że mnie wystraszył, bo wykrzywił usta w czymś, w rodzaju uśmiechu (trudno było powiedzieć, bo jego gęsta broda skutecznie wszystko zakrywała). –Herbatki?- zapytał, a ja, jak na Brytyjkę przystało, kiwnęłam głową i już po chwili trzymałam ogromny, miedziany kubeł z parującą herbatą. –Niech skonam! Gdzie moje maniery!- odparł nagle, a ja podniosłam na niego wzrok. –Niech panienka mówi mi Rebeus- odparł, a ja uniosłam brwi. Dosyć dziwne imię. Może to jego przezwisko. Może. Ale ja to nazwałabym go Olbrzymem. Chyba wiadomo dlaczego.
-Charlie- przedstawiłam się, a Rebeus od razu się rozpromienił.
-Niech teraz panienka odpoczywa, a jutro z samego rana, zawiozę panienkę do obozu- odparł, a ja kiwnęłam głową, dopiłam herbatę i przekręciłam się na drugi bok. Byłam potwornie zmęczona i chwilowo mało obchodziło mnie to w czyim jestem domku i co może mi się stać. Po prostu chciałam spać.

____________________________________________________

O mój Boże. Przepraszam. Serio. Miałam dodać wcześniej, ale musiałam wszytsko pozaliczać przez wycieczką na Bałkany. Później musiałam obejrzeć pierwszy sezor Gry o Tron. Calutkie 10 godzin. Tylko ja, poporn i Gra o Tron. No i jeszcze moja strasza siostra, ale nie ważne. A potem pojechałam na Bałkany, które był zalane, a ja nie umiem pływać. Spokojnie, nie utonęłam. Potem jakoś tak wyszło, że się zaczytałam (znowu Dom Nocy ♥) i nie miałam czasu. Wczoraj musiałam kupić kieckę na dzisiejszą osiemnastkę kuzynki. Moja pierwsza sukienka. Bez ściemy. Nawiasem mówiąc, jeśli szukacie jakiejś fajnej kiecki, a nie wiecie gdzie można taką dostać, polecam sklep Piano Fashion. Mają cudowne sukienki na każdą okazję. Od dresowych wygodnych łaszków po wieczorowe eleganckie kiecki.
Ale trochę odbiegłam od tematu.
Jeszcze raz przepraszam.
Nie wiem kiedy kolejny.
Czika-bum!

Konczaszima. 
Tak, to brzydkie słowo...