piątek, 9 maja 2014

Rozdział 36

**Rozdział 36**


Mówiąc bajzel miałam na myśli ogromne skupisko wystrojonych jak na jakąś imprezę nastolatków, stojących pod domkiem i gapiących się wprost na mnie. A ja stałam w tej sukience i sandałkach, gapiąc się na nich. A obok mnie stał Harry, gapiąc na mnie i na nich. I pewnie stalibyśmy jeszcze tak długo w milczeniu przerywanym jedynie muzyką płynącą z głośników na scenie, gdyby wszyscy nie wrzasnęli: WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO CHARLIE!
-Możesz wreszcie oglądać Filmy dla Dużych Dzieci!- odparł Liam, trzymając gigantyczny, czekoladowy tort, największy jaki w życiu wiedziałam.
-Jesteś już dużą dziewczynką!- zapiał Zayn, uśmiechając się szeroko.
-A jaką piękną!- dodał Niall, zerkając pożądliwie na tort i posyłając mi szeroki uśmiech.
-Dzieci tak szybko dorastają!- zawył Lou w chusteczkę, a Niall poklepał go po plechach. Nagle poczułam jak ktoś łapie mnie za rękę. Nawet nie musiałam się obracać, bo od razu poznałam te wielkie, wytatuowane łapy.
-Chyba nie myślałaś, że zapomnieliśmy?- zapytał Styles. Stałam jeszcze tak przez chwilę w zupełnym milczeniu, gapiąc się na nich, a im zaczęły rzednąć miny.
-Czy to możliwe, że pomyliliśmy daty?- szepnął Zayn do Liama, a ten pokręcił głową. Moje urodziny. Dzisiaj. Oni. Tort. Kiecka. Impreza. Pamiętali! Czyli te wszystkie dziwne sytuacje i ich udawanie, że zapomnieli były po to, by mnie zmylić! Skubańcy!
-Szczerze mówiąc- odparłam, a wszyscy na mnie ponownie spojrzeli. –to tak. Myślałam, że zapomnieliście o moich urodzinach- zamilkłam, a razem ze mną reszta. Byliśmy tak cicho, że było słychać świerszcze. –Mordy wy moje!- pisnęłam, rzucając się na chłopaków, by ich wyściskać i wycałować. Może nie robię tego zbyt często, ale to nie znaczy, że nie mam serca. Tłum krzyknął uradowany i zaczęła się impreza. Oczywiście najpierw pomyślałam życzenie i zdmuchnęłam wszystkie świeczki, potem Niall z Effie zjedli prawie połowę tortu, potem wszyscy zaczęli składać mi życzenia, a potem wszyscy zaczęli tańczyć. Właśnie tańczyłam z Bortonem, (do tańca zostałam siłą wyciągnięta przez Louisa, a potem każdy chciał ze mną zatańczyć, tja) gdy podeszła od nas Amity, chrząkając znacząco. Spojrzałam na nią unosząc brwi.
-Mogę cię prosić na słówko?- zapytała, a ja, starając się ukryć totalny szok i nie zwracać uwagi na znaczące spojrzenia Jessy’ego, poszłam za nią. Szła i szła i szła i szła i tak w nieskończoność krocząc swoimi długimi nogami do nieba, a ja zachodziłam w głowę, czego ona może ode mnie chcieć. No bo czego ona może chcieć? Na pewno nie złożyć mi życzenia urodzinowe. Co to, to nie. W końcu zatrzymała się przy jakimś domku, a ja spojrzałam na nią pytająco, starając się ukryć dreszcze jakie nagle, z dziwnych powodów, dostałam.
-O co chodzi?- zapytałam zdawkowym tonem. Trzymaj pion Charlie! Nie możesz jej zdradzić, że się boisz. O nie!
-O moją randkę z Harrym, którą wygrałam- odparła, patrząc na swoje krwistoczerwone paznokcie, a ja wytrzeszczyłam oczy. Że co proszę?! Amity widząc moją minę, wywróciła zniecierpliwiona oczami i zarzuciła włosy do tyłu w pełni ukazując swój niezły dekolt w sukience identycznego koloru co jej paznokcie. –Wygrałam bitwę na głosy? Na twoich zajęciach?- mruknęła, mówiąc powoli jak do dziecka.
-Ach… no tak. Zapomniałam o tym- wymamrotałam, patrząc na sosnę, na której przysiadła ogromna sowa, patrząc wprost na mnie. Wzdrygnęłam się.
-A ja nie- syknęła. –Więc?
-Więc co?
-Boże, Cole. Ty serio jesteś taka ciemna, czy tylko udajesz?- prychnęła, a ja zmarszczyłam urażona brwi. –Więc załatw mi tą randkę. TERAZ
-T-teraz?- wydukałam. –Ale dzisiaj są moje uro…
-I guzik mnie to obchodzi- przerwała mi. –Myślisz, że dla ciebie się tak wyszykowałam?- prychnęła, a ja już miałam jakoś się jej odgryźć, gdy nagle…
-Charlie, tu jesteś! Wszędzie cię szukałem. Chciałem ci coś dać…- Harry urwał wpół zdania, widząc kto stoi naprzeciw mnie. –Cześć- mruknął, marszcząc brwi.
-Hej- zamruczała Amity, wypinając piersi do przodu. Boże, jak ja jej nienawidzę.
-Coś nie tak?- zapytał Harry, patrząc na mnie z zatroskaną miną. Jak on się o mnie ładnie troszczy! To miło z jego strony.
-Nie, wszystko w porządku- odparłam, posyłając mu lekki uśmiech. Harry go odwzajemnił i przez chwilę staliśmy tak naprzeciw siebie, patrząc sobie w oczy z uśmiechami na twarzach. I wszystko byłoby okej, gdyby ta wiedźma Amity nie odchrząknęła, przypominając mi o swojej potwornej osobie. Boże, jak bardzo ja jej nienawidzę. Zamknęłam oczy i westchnęłam, by jej nie przywalić i odwróciłam się do niej, wymuszając uśmiech. –Harry- zaczęłam. –To Amity. Jak pewnie już wiesz- odparłam, a on spojrzał na mnie pytająco. –Na moich zajęciach urządziliśmy bitwę na głosy. Amity wygrała. A nagrodą była…- urwałam, nie mogąc przecisnąć tego przez gardło. Na „szczęście” wyręczyła mnie Amity.
-Randka z tobą- odparła, wskazując na Harrego i uśmiechając się seksownie.
-Właśnie- mruknęłam, krzywiąc się na widok jej dekoltu.
-Co?!- wykrzyknął Harry, patrząc na mnie dużymi oczami. Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się gorzko.
-Udanej randki!- odparłam i odeszłam szybkim krokiem. Obiecałam. Zgodziłam się na to, to teraz mam za swoje. A tak w ogóle, dlaczego ja się tym przejmuję? Przecież to Harry Mój Udawany Chłopak, a nie Harry Mój Ukochany Chłopak. Charlie, o co ci chodzi? Ogarnij się.

***

Nienawidzę jej. Nienawidzę jej. Nienawidzę jej. Nienawidzę jej. Nienawidzę jej! Zacisnęłam szczękę, z wściekłością łamiąc gałązkę na coraz mniejsze części. Nienawidzę jej. Nienawidzę jej. Nienawidzę jej. Nienawidzę jej. Jak ja bardzo jej nienawidzę! Rzuciłam gałązki przez siebie i skrzyżowałam ręce pod biustem. Czy ona zawsze musi mi wszystko zabierać? Najpierw Jessy, potem moje miejsce w stołówce, ostatnią koszulkę z kolekcji, a teraz Harry. Jeszcze jej nie dość? I czemu w ogóle ona się tak mnie uczepiła? Nie może powkurzać kogoś innego? Przecież jest tyle osób, którym mogłaby zrujnować życie. Ale nie. Musiało paść na mnie. Co ja jej takiego zrobiłam, że tak mnie nienawidzi, że wszystko mi zabiera? Jeśli tak dalej pójdzie, to w One Direction zamiast Charlie Cole, pojawi się Amity Monrow. I to ona zamieszka z chłopcami. Będzie z nimi na koncertach. Nagrywać piosenki. Spędzać czas. I będzie chodzić z Harrym… Jakbym ja nigdy nie istniała. Bo może tak jest. Może i zachowuje się jak dziecko, któremu zabrało się ulubioną zabawkę, ale mam to w nosie. Bo Harry jest moją ulubioną zabawką!
-Charlie? Tu jesteś! Zastanawiałem się gdzie zniknęłaś- podskoczyłam w miejscu i zamrugałam kilkakrotnie, by pozbyć się łez, które się nazbierały. Wzięłam mały kamyk w ręce i zaczęłam nim obracać, by ukryć, że drżą. Zayn usiadł obok mnie, na pomoście, zdjął buty i zamoczył nogi w jeziorze. –Ładnie tu- odparł opierając się na rękach i patrząc na różowy zachód słońca. Obróciłam gładki kamień w dłoni i kiwnęłam głową.
-Ta
-Co tu robisz?- zapytał, patrząc na mnie. Opuściłam głowę, wpatrując się w kamyk.
-Siedzę. Nie widać?- mruknęłam, zakładając włosy za ucho.
-Coś ty taka nie w sosie?- zapytał, nachylając się do mnie, by zobaczyć moją twarz. –Hej! Przecież dzisiaj są twoje urodziny!- dźgnął mnie w bok, a ja tylko kiwnęłam głową, patrząc w wodę. –Misiu, coś nie tak?
-Nie, wszystko w porządku. W jak najlepszym- odparłam, patrząc na niego i uśmiechając się lekko. Zayn zmarszczył brwi, niedowierzając mi, a ja ponownie spojrzałam na jezioro. Milczał przez chwilę, a potem zmienił temat.
-Widziałaś Nialla i Effie? Zbliżyli się pochłaniając połowę tortu- odparł, a ja spojrzałam na niego zaciekawiona. On tylko podał mi małą lornetkę, którą wyciągnął z szortów i wskazał za siebie. Uniosłam brwi i spojrzałam tam. Po chwili szukania ich w tłumie, w końcu ich znalazłam. Tańczyli razem, rozmawiając, śmiejąc się i coś jedząc. Wyglądali na szczęśliwych. Para idealna. Uśmiechnęłam się i oddałam Zaynowi lornetkę. –Są strasznie pocieszni co?- zapytał, a ja kiwnęłam głową. –Musiałabyś widzieć, jak Niall nauczył jeść Effie frytki z lodami. A ona jego paluszki z keczupem.- zaśmiał się, a ja wywróciłam oczami. –Ohyda- wzdrygnął się, a ja zachichotałam. Po chwili zauważył coś po drugiej stronie jeziora i spojrzał na to przez lornetkę. Po wyrazie jego twarzy, zgadłam co to. Lub raczej: kto to. -Czy to nie Ha…
-Ta
-Czy ta dziewczyna to A…
-Ta 
-Czy oni właśnie…
-Ta
-Łał
-Taaa
-Nie, nie o to mi chodzi!- odparł nagle, a ja spojrzałam na niego, unosząc brew. –Zresztą, sama zobacz- wręczył mi lornetkę, a ja po chwili spojrzałam na parę, po drugiej stronie jeziora. Tak jak myślałam, Harry siedział obok Amity na kocu i o czymś rozmawiali. Ale nie spodziewałam się tego, że Harry ma wkurzoną minę, a Amity wygląda na przestraszoną. Zaczęli krzyczeć tak, że dosłyszałam skrawki rozmowy.
-Nie nazywaj jej tak!- krzyknął Harry.
-Bo co? Bo ty ją…?!  Co mnie to obchodzi!- warknęła Amity, a ja nie dosłyszałam wszystkiego.
-Tak! Ale nie tylko dlatego! Ona jest…- i nie było szans, bym usłyszała dalszą część wypowiedzi Harrego, bo zawiał wiatr, a wysuszona trzcina zaszeleściła, wszystko skutecznie zagłuszając. Po chwili Amity walnęła go w twarz i odeszła, a mi lornetka o mało nie wypadła z wrażenia. Harry pomasował się po twarzy i pokręcił głową. Byłam tak zszokowana tym, co przed chwilą ujrzałam, że nie zauważyłam, że Harry się we mnie wpatruje. Momentalnie oddałam lornetkę Zaynowi i wstałam, ciągnąc go za sobą i mówiąc radośnie:
-Chodź zatańczyć! W końcu to moje urodziny!- ten uniósł brwi i uśmiechnął się szeroko, robiąc głupią minę, ale nic nie powiedział.

***

-Cześć Charlie- stałam akurat przy stole z jedzeniem, szukając butelki wody i zastanawiając się jakim cudem Niall i Effie zjedli tyle jedzenia na raz, gdy podeszła do mnie pewna dziewczyna. Podniosłam na nią wzrok i uśmiechnęłam się szeroko widząc piegowatą twarz, zielone oczy i rude włosy. –Jestem…
-Effie, wiem- przerwałam jej, uśmiechając się szerzej na widok jej pytającej miny.
-Skąd ty…?
-Wtedy na stołówce nie podziwialiśmy tego paskudnego obrazu, tylko, głupio przyznać, podsłuchiwaliśmy- odparłam, a ona zmarszczyła brwi.
-No dobrze?- mruknęła pod nosem. –Chciałam ci złożyć najlepsze życzenia i powiedzieć, że masz naprawdę świetną kieckę
-Dzięki!- odparłam, kątem oka dostrzegając Amity, która całowała się z jakimś kolesiem w pobliskich krzakach. Łagodziła ból złamanego serduszka? Oh, jak mi smutno. –Widziałam, że dogadujesz się z Niallem
-Ta, fajny z niego gość- stwierdziła, rumieniąc się odrobinę. Mówcie co chcecie, ale te rumieńce nie są z gorąca!
-Możesz czuć się wyjątkowa- Effie uniosła zdziwiona brew. –Niall przeważnie nie zagaduje pierwszy dziewczyn, bo jest zbyt nieśmiały- odparłam. –Ale strasznie uroczy i zabawny. I…
-Głodny- mruknął Niall, podchodząc do stołu z jedzeniem i klepiąc się po brzuchu, nie świadomy, że dokończył za mnie zdanie, i, że właśnie rozmawiałyśmy o nim. –Co za frajer zjadł wszystkie czipsy, ja się pytam?
-Ja- odparła nagle Effie, a Niall spojrzał na nią zaskoczony, jakby dopiero teraz zdając sobie sprawę z jej obecności. A mnie jakby w ogóle nie zauważył. I pewnie tak było. Bo Głodny Niall to Ślepy Niall. –Przeszkadza ci to?- dodała, unosząc zawadiacko brew, a Niall odrobinę się zmieszał.
-Nie! Ależ skąd! Ja tylko… ten… chciałem… no…
-Zwędzić wszystkie czipsy i je zjeść w cichym kącie, nie dzieląc się z nikim?- podpowiedziałam, unosząc brew. Niall spojrzał na mnie zaskoczony, jakby widział mnie po raz pierwszy. Taa…
-Tak!- wykrzyknął, klaszcząc uradowany w ręce. Jednak po chwili dotarło do niego, co powiedziałam i się zmieszał. –To znaczy nie! Nieeee- przeciągnął, kręcąc zawzięcie głową. Przez chwilę gapił się w milczeniu na Effie, która chichocząc, przypatrywała się wyczynom Louisa na parkiecie. –Słońce, masz coś do jedzenia?- szepnął, po chwili, nachylając się do mnie.
-Nie, jedzenie jest spoko- odparłam, a Niall parsknął śmiechem i spojrzał na mnie znacząco. Westchnęłam. –Trzy paczki serowych chrupek pod materacem
-Dzięki Charlie! Kocham cię normalnie!- cmoknął mnie w policzek i w podskokach ruszył do naszego domku. Zatrzymał się jednak wpół kroku i obejrzał na nas. –Effie, mam żarcie. Idziesz?- zapytał, a Effie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Ruszyła za nim, nie oglądając się. Zaśmiałam się i pokręciłam głową. Nie ma to jak romantyczna randka nad paczką serowych chrupek. Albo nawet trzema paczkami serowych chrupek. Westchnęłam i wróciłam do poszukiwań butelki wody. Kątem oka dostrzegłam czuprynę z loczkami, zbliżającą się do mnie. I właśnie sięgałam po wodę, gdy ktoś złapał mnie od tyłu i wniósł na parkiet, ku uciesze tłumu. Zaskoczona, obejrzałam się i zobaczyłam roześmianą buzię Louisa.
-Louis! Co ty robisz?- pisnęłam, a Lou uśmiechnął się szeroko i przycisnął mnie do siebie, obejmując w talii. Podniósł minie lekko, tak, że nie dotykałam stopami ziemi i zaczął się obracać dookoła.
-Tańczę z solenizantką! Nie widać?- wykrzyknął, a ja piszczałam i śmiałam się na zmianę, bo kręciło mi się w głowie. Gdy Lou postawił mnie w końcu na ziemię, nie mogłam ustać w miejscu, bo wszystko wirowało. Nie zdążyłam dojść do siebie, gdy podszedł do mnie Liam i zaczął mną obracać. I znowu to samo. Jeśli tak dalej pójdzie, to puszczę pawia. Serio. Po chwili przechwycił mnie Zayn, w momencie, gdy nogi się pode mną uginały i on też zaczął mnie obracać. Wszyscy krzyczeli, śmiali się, muzyka wyła z głośników, a mi się zrobiło strasznie niedobrze… I gdy poczułam jak paczka żelek, wielki kawał tortu i chyba pięć kilo lodów chce wyjść na światło dzienne, wyrwałam się z uścisków Zayna i pobiegłam w kierunku najbliższych krzaków, zakrywając usta dłonią. Gdy dobiegłam na miejsce, oparłam się o domek i zamknęłam oczy, chcąc, by wszystko przestało wirować i żeby jedzenie zostało na swoim miejscu. Po dwóch minutach poczułam się lepiej i otarłam pot z czoła z wyraźną ulgą. Nie chcę wiedzieć co by się stało gdybym zwymiotowała. Strasznie brzydzę się wymiocin. Więc gdybym zobaczyła swoje wymiociny, zrobiłoby mi się znowu niedobrze i znowu bym zwymiotowała. I tak w kółko. Wielki Krąg Rzygów… Jedno słowo: fu.
-Charlie, wszystko w porządku?- usłyszałam za plecami Harrego i odwróciłam się do niego, uśmiechając blado.
-Ta
-Jesteś zielona- odparł, podchodząc do mnie. Spojrzałam na niego przelotnie i założyłam kosmyk włosów za ucho. –Ładnie ci w zielonym- dodał, uśmiechając się, a ja się zaśmiałam.
-Musi częściej robić mi się niedobrze- mruknęłam, a Harry uśmiechnął się szerzej.
-Nieźle nastraszyłaś chłopaków- odparł, siadając na ławeczce, obok mnie.
-Trzeba było trochę pomyśleć. Nikt nie zniósł by tylu obrotów na raz- spojrzałam na pobliskie drzewo, gdzie siedziała wielka sowa z wielkimi ślepiami.
-Ja bym zniósł- odparł Harry, wypinając pierś, a ja uniosłam brew. Jasne. Lub raczej: jaaaaaaaaaaaaasne. –W przedszkolu byłem Królem Karuzeli- dodał, a ja uniosłam brew wyżej. –I byłem przez to strasznie lubiany i w ogóle…
-Wyobraź sobie, że ja nie
-Nie byłaś lubiana w przedszkolu?!- zapytał szokowany, jakby dowiedział się, że rodzynki to suszone winogrona. No. W każdym razie ja tak miałam… Eh, szkoda gadać. Albo nie, nie szkoda. Jak, pytam się JAK rodzynki mogą być suszonymi winogronami? Skoro suszone morele nazywają się suszone morele, suszone jabłka- susze jabłka, a suszona marchew- suszona marchew, to dlaczego SUSZONE WINOGRONA nazywają się RODZYNKI? Przecież to w ogóle sensu nie ma! Ani krzty!
-Nie o to mi chodziło. Mówiłam o tej karuzeli- mruknęłam, wywracając oczami. I nagle sobie przypomniałam jak to było w przedszkolu. Siedziałam przy stoliku Frajerów, a przy stolika Fajnych siedzieli tylko ci fajni i każdy chciał się z nimi bawić. Ja przeważnie bawiłam się sama, a ja już jakoś wciągnęłam się w zabawę, to bawiliśmy się w dom i zawsze byłam psem. I weź tu potem wyjaśnij dorosłym, że nie masz pojęcia jakim cudem przetarłaś dżinsy na kolanach trzeci raz w tym roku. Taaa… W sumie nie wiem czemu nie miałam przyjaciół. Może dlatego, że uważałam ich za idiotów, a gdy przedszkolanka pytała ile jest hipopotamów na obrazku, miałam ochotę wstać, wyjść i już nigdy nie wracać. Może. –Ale w sumie, to też- machnęłam ręką, a Harry wytrzeszczył na mnie oczy. –Hau- hau- zaszczekałam w formie wyjaśnienia, ale to pewnie nic nie dało, bo Styles spojrzał na mnie jakbym właśnie zwiała z wariatkowa i siedziała obok niego wciąż ubrana w piżamę, z podłączoną kroplówką i w ogóle. A potem kiwnął głową z miną, jakby rozwikłał zagadkę przepysznych ciasteczek Babci Horan.
-Chłopacy dodali ci czegoś do kubka- stwierdził z uśmiechem, zadowolony ze swojej biegłości w rozwiązywaniu zagadek. Przykro mi panie Sherlock Holmes, ale się pan myli. I to bardzo. Alkohol jest fu. Przez duże F. I duże U… Dajcie mi F! Dajcie mi U! Co wam wyszło? FU! Dokładnie. Ta mała czirliderka w mojej głowie, doskonale to ujęła. Alkohol jest FU z dużych liter, po moim nieszczęsnym, zupełnie przypadkowym kacu po spontanicznej imprezie chłopaków.
-Niestety panie Holmes, pańska diagnoza jest błędna. Zawiera jeden, rażący błąd
-Niby jaki?- Harry uniósł wyzywająco brew.
-A taki, panie Holmes- odparłam. –że od razu wyczułabym alkohol. Nie wspominając nawet o tym, że bym go nawet nie tknęła po Wielkim Kacu- owy kac nazwaliśmy Wielkim Kacem, z jednego, jedynego powodu. Mianowicie: zerżnęłam się tak bardzo i miałam tak potwornego kaca, jakiego chłopacy nigdy nie widzieli. Dwa słowa: dzięki Louis. Harry zaśmiał się, zamyślony. Najwyraźniej przypomniał sobie co wyczyniałam pod wpływem. Ja również miałam to nieszczęście wszystko widzieć. Bo Louis wszystko nagrał telefonem, a, że był nieźle wstawiony, kompletnie o tym zapomniał i odnalazł ów filmik, kiedy potwornie nudził się w samolocie i przeszukiwał telefon. A chłopacy z wielką chęcią go obejrzeli. Potem pokazali go mnie. A potem znowu go obejrzeli. I znowu. I tak przez calutki lot. Przez bite siedem godzin. Dobrze przynajmniej, że się nie zbełtałam. To by było megaobrzydliwe. A wiecie co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? Nie, nie to, że nakryłam Zayna w samolotowej toalecie rozwiązującego krzyżówkę. Najdziwniejsze jest to, że Harry nie chce mi powiedzieć co się działo potem. Mianowicie: w mojej sypialni… Bez skojarzeń proszę. Kompletnie do niczego nie doszło. Do NICZEGO, rozumiecie? Wracając, Styles zmienia temat za każdym razem, jak go o to pytam. Zdążyłam z niego wydusić tylko tyle, że prosiłam go, by został, bo nie chciałam żeby odchodził (musiałam być na serio bardzo wstawiona). Ale mam wrażenie, że to nie wszystko co powiedziałam. Bo mam takie urywki w pamięci, (nieważne jak bardzo dziwnie to brzmi) Harry wychodził z pokoju, ja coś powiedziałam, on spojrzał na mnie zszokowany, a potem się poryczałam. Pomińmy fakt, że to wspomnienie jest żenujące, krępujące i interesujące; Harry nie chce mi powiedzieć co się wtedy stało.
-Wiesz- odparł Harry, nagle poważniejąc. –ja… mam coś dla ciebie
-Serio? Przecież zrzuciliście się i kupiliście kilkanaście kartonów książek, które przeczytałam i, które bardzo lubię i takie, których jeszcze nie przeczytałam. Za co wam strasznie dziękuję. Jak wrócimy do domu, od razu zabiorę się za czytania. Do końca roku powinnam obrócić z półtora kartonu… No, i jeszcze kupiliście mi ten prześliczny, złoty wisiorek „1/6 część One Direction” i nowy depilator.
-No tak, ale ja chciałem kupić ci coś bardziej… e, osobistego- uniosłam brwi wyżej.
-Jest coś bardziej osobistego niż książki, naszyjnik i depilator?- zapytałam, a po chwili wpadłam na coś bardziej osobistego. –Zaraz, chyba nie kupiłeś mi koronkowej bielizny?
-Co?! Nie!- wykrzyknął Harry, robiąc duże oczy i czerwieniąc się odrobinkę. Wolałabym nie wiedzieć, co właśnie sobie wyobraził (ale niestety wiem- mnie w koronkowej bieliźnie). Wiecie, czasem wyobraźnia faceta serio mnie przeraża. –To… po prostu… eh, proszę- marszcząc zażenowany brwi, wręczył mi małe zielone pudełko. Prowadzona ciekawością, wzięłam je od niego, położyłam sobie na kolanach i przypatrywałam mu się chwilę w milczeniu. Potem spojrzałam na Harrego. –No otwórz- ponaglił mnie. Nie trzeba mi było więcej mówić. Otwarłam je i wciągnęłam powietrze do płuc widząc srebrne cudeńko leżące na aksamicie w moim ulubionym kolorze- zieleni. To małe cudeńko było idealną kopią ulubionego wisiorka Harrego w kształcie papierowego samolocika. 
-Taki sam jak twój!- odparłam i już się do niego nachylałam, by wyciągnąć jego wisiorek spod koszulki, gdy on się nagle odsunął. Zdziwiona uniosłam brwi.
-Mój, eee, łańcuszek pękł- odparł, a ja, nie mając ochoty wszczynać dochodzenia, ponownie spojrzałam na wisiorek.
-Strasznie mi się podoba. Dziękuję- podniosłam na niego wzrok i uśmiechnęłam się szeroko. Harry odwzajemnił gest, ukazując urocze dołeczki w policzkach. Jak można być tak przystojnym?! Momencik… jak ja wytrzymuję mieszkając w domu z pięcioma największymi przystojniakami na świecie?! Ja sama, ich pięciu. I wszyscy zabójczo przystojni. A ja jestem NASTOLATKĄ! Co jest ze mną nie tak?! Czemu się do nich nie ślinię, ani na nich nie lecę?! Ah, no tak. Bo z nimi mieszkam… Już wyjaśniam. Mieszkam z nimi= znam ich bardzo dobrze. Ich dziwne i megaobleśne nawyki również. To wszystko wyjaśnia. Ale Harry jest SERIO przystojny. Ja nie wiem. Jego urok osobisty działa na mnie bardziej niż ten chłopaków. Chyba mi się popsuły Kobiece Antenki do Wykrywania Testosteronu. Możliwe. Wracając do Harrego, mnie i tego cudownego cudeńka. Patrzyłam tak w te jego ślepia i nagle, zupełnie nie panując nad sobą, pochyliłam się do niego i pocałowałam go w… uroczo zaczerwieniony policzek! Odsunęłam się od niego, walcząc z poważnym szokiem. Harry najwyraźniej też. Nie chodzi mi o to, że całus w policzek to dla mnie coś wielkiego. Może nie robię tego najczęściej, ale w końcu mam serce i jestem dziewczyną, na litość boską! Ale nie o to tu chodzi. Chodzi o to, że mi się to… spodobało. Dopiero teraz zauważyłam jak bardzo policzki Harrego są gładkie i ciepłe. Chodzi również o to, że gdy tylko dotknęłam ustami jego policzka, poraził mnie delikatnie prąd. To się czasem zdarza. Pewnie. Tylko chciałabym wiedzieć, KIEDY i JAK Harry się naelektryzował? Siadając na ławce, tak pocierał o nią tyłkiem, że powstały ładunki elektryczne? Nie sądzę.
-Może… może ci go założę?- zaoponował Harry, gdy już prawie wrócił do siebie. Ja, czując jak płoną mi policzki, podałam mu pudełko z naszyjnikiem i odwróciłam się do niego plecami. Ten odgarnął mi delikatnie włosy na bok, muskając mnie koniuszkami palców po nagich plecach, a mnie przeszedł dreszcz, i zapiął łańcuszek. Od razu złapałam samolocik w ręce i zaczęłam nim obracać, jak to robił Harry. Zauważyłam, że łańcuszek jest długi, tak jak Harrego, a samolocik ma kilka rys. Ale mogło mi się przewidzieć. W końcu to noc. Światło księżyca. Gwiazdy. Wielkie świecące ślepia sowy. I w ogóle. Harry spojrzał na mnie i się uśmiechnął. -Pasuje ci- stwierdził, a ja posłałam mu uśmiech. I wiecie co? Naszyjnik od Harrego i ten od chłopaków jakoś tak dziwnie do siebie pasowały, jakby były stworzone, by nosić je razem.

***

Jedna trąbka. Jeden upadek na podłogę. Pięciu chłopaków skaczących w slipach po moim łóżku. Jeden błysk na szyi. Jeden srebrny samolocik. Jeden uśmiech.

***

W drodze na stołówkę, rozmyślałam nad tym co powiedziałam wczoraj wieczorem Harremu. Nasza rozmowa dziwnym trafem zboczyła na temat romantyków. Powiedziałam mu, że strasznie bym chciała mieć tak jak Julia. No wiecie. Tajemny kochanek, stojący pod balkonem i wygłaszający ballady o miłości. Wspomniałam też o tym, że chciałabym żeby mój Książę na białym koniu się o mnie trochę postarał. Coś typu: piękne bukiety kwiatów „od wielbiciela”, tajemnicze listy miłosne, czy jakieś inne podchody. Bo która dziewczyna by tak nie chciała?
-Hej! Dopiero ciępoznałem! I to jest szalone! Ale to jest ich numer! Więc zamów pizzę może?!- zawył Niall, wytrącając mnie z zamyślenia. Zamrugałam kilkakrotnie i spojrzałam na niego. Odwalał swój dziwny taniec: makareno-dupaniec. Czyli połączenie makareny z seksownym kręceniem tyłeczka. Wszystko byłoby fanie i pewnie uszłoby mu to na sucho, gdyby nie jeden fakt. Niall nie ma tyłeczka. Niall ma zad.
-Niall, pytam po raz tysięczny- mruknęłam, a on spojrzał na mnie, nie przerywając swojego tańca-wytrząsańca. –umiesz śpiewać, więc czemu tak wyjesz?!- fuknęłam, a ten tylko na mnie spojrzał, uśmiechając się szeroko.
-Teraz widzę ogień wśrodku góry! Widzę ogień! Płonące drzewa!- Niall, zupełnie nie krępując się nikim, kontynuował swoje dzikie wycie i taniec godowy. Co, on myśli, że zwabi w ten sposób Effie, czy jak? –Jeśli nie chcesz zwolnić, i po prostuchcesz wziąć mnie do domu, kochanie powiedz tak, tak, taa-ak! Tak, tak, tak! I pozwól mi się pocałować!
-Jeśli to ma ci zamknąć usta- odparłam, wzdrygając ramionami i zaczęłam się zbliżać do blondasa, na co reszta zatrzymała się gwałtownie robiąc miny, jakby zobaczyli ducha zmarłego kota wuja ciotecznego siostry matki stryjecznej chrzestnej Umberto. Horan zrobił minę godną barana widzącego ciężarówkę, która zaraz go potrąci, a ja wybuchnęłam śmiechem. –Ale głupki z was- wskazałam na chłopaków, wciąż się śmiejąc.
-Ha-ha-ha! Naprawdę, bardzo zabawne Charlie- skomentował Zayn, wywracając oczami. –Bardzo zabawne.
-Co nie?- odparłam i ponownie zaczęłam chichotać, wciąż oplatając rękoma szyję blondasa. Ten, najwyraźniej zniecierpliwiony i głodny, podciągnął mi nogi i złapał mnie jak ojciec niosący córeczkę na opka (wiecie o co chodzi). Tyle, że ja byłam o wiele za duża na małą córeczkę, a Niall o wiele za młody na ojca. Ale to tylko szczegół.

***

Po tym jak przez całe śniadanie chichrałam się jak nienormalna z głupoty chłopaków, ruszyliśmy na zajęcia. Gdy szłam do domku, w którym miałam zajęcia wciąż chichotałam. Gdy weszłam do domku, wciąż chichotałam. Ale gdy ujrzałam moją grupę patrzącą na mnie jak na idiotkę, przestałam. Na chwilę. Bo potem znowu zaczęłam chichotać i spadłam z krzesła. Wtedy przestałam.
-Wczoraj wieczorem, wymyśliłam razem z chłopakami, że wszyscy pójdziemy do Nialla, na jego zajęcia, by on nauczył was grać na paru instrumentach, bo niestety, je nie umiem na niczym grać. Chociaż- ciągnęłam donośnym głosem- w podstawówce grałam w orkiestrze szkolnej. Na trójkącie- oznajmiłam. –Ale po tygodniu mnie wywalili, bo nigdy nie wiedziałam kiedy moja kolej- reakcja mojej grupy? Kilka ziewnięć i pochrapywań poza tym, zupełna cisza. Supcio. –Dobra, zbierajcie się. Idziemy- klasnęłam w dłonie i, jak na Matkę Gąskę przystało, poprowadziłam swoje kaczątka do Wujaszka Nialla. Gdy dotarliśmy do szczęśliwego domku numer siedem, zastaliśmy nie tylko zielonych, ale też czerwonych, niebieskich, fioletowych i różowych. Jak zwykle wszystko popaprali. –Głąby, Aniołki Charlotty miały być pierwsze!- fuknęłam, a chłopacy spojrzeli na mnie unosząc brwi. I wcale nie chodziło im o nazwę mojej grupy. Oni sami się tak nazwali. Bo są biali jak anielskie skrzydła, a ja jestem Charlie. Genialne!
-Nie-e! Czerwone Rakiety miały być pierwsze!- odparł Lou. Uniosłam brew.
-Nieprawda! Podniebni Surferzy!- ryknął Zayn.
-Oszołomy! Przecież wczoraj ustaliliśmy, że Alpejskie Krowy będą pierwsze!- wykłócał się Liam.
-A co z nami? Zjadaczami Waty Cukrowej?- serio nie wiem kto wpadł na ten pomysł, ale stawiam, że Harry. No i się zaczęło. Każdy z nas zaczął się wydzierać. A potem dołączyły się do tego nasze grupy. I wyszedł niezły bigos.
-SKRZATY SPOKÓJ!- ryknął Niall i jego grupa w magiczny sposób zamilkła. Zupełnie jak my. –Wszyscy będziecie mieli lekcje, ale jeśli ktoś odezwie się nieproszony, wyleci za drzwi!- odparł, a chłopacy i ja, usiedliśmy w kącie z obrażonymi minami, podczas, gdy nasze grupy porozsiadały się wygodnie. Ten domek był tak wielki, że wszyscy się tu spokojnie zmieściliśmy. Serio.
-Jeśli ktoś odezwie się nieproszony, wyleci za drzwi- sparodiował go Louis, a my się zaśmialiśmy. Zamilkliśmy jednak, gdy mordercze spojrzenie Nialla nas napotkało. Przez chwilę przypatrywałam się, jak Niall ich uczy, ale odpadłam jak pokazywał im nuty. Oparłam głowę o ścianę, jęcząc w duchu. Boże, jak nudno. Spojrzałam w bok, na Liama, który wciąż coś szeptał do swojego telefonu. Ah, znowu robi twitcamrę! Przysunęłam się bliżej niego i wyszczerzyłam do telefonu.
-…jak mówiłem, moim współniewolnikiem jest Charlie Cole i oboje musimy znosić potworne żądzę Nialla…
-Słyszałem to Liam!- podskoczyliśmy w miejscu, słysząc głos blondasa.
-Świetnie ci idzie Niall! Nie przerywaj!- odparłam, posyłając mu uśmiech, a ten pokręcił głową. A potem znowu skupiłam całą swoją uwagę na twitcamrze. Po chwili przyłączyła się do nasz reszta i wszyscy toczyliśmy się przed telefonem Liama, uśmiechając się szeroko.
-Okej. Kochamhazze69 piszę: Harrlie są tacy słodcy! Tak ładnie wyglądają! Jak wam mija dzień?- przeczytał Zayn, nienaturalnie wysokim głosem, a ja zachichotałam. Harry wyrwał telefon z rąk Liama i objął mnie ramieniem, uśmiechając się szeroko.
-Charlie, słońce ty moje, jak ci mija dzień?- zapytał, patrząc na mnie, a ja wywróciłam oczami i uśmiechnęłam się do telefonu.
-W sumie to nieźle. Od rana mam niezły humor, o co postarali się chłopacy, a w szczególności Niall. Prawda, mój kochany buziolku?- spojrzałam na blondasa, który zmarszczył brwi, robiąc groźną minę.
-Uważaj Cole. Bo cię zjem!- zagroził, a ja przez chwilę się śmiałam, ale widząc jego morderczą minę, momentalnie zamilkłam, mocniej wtulając się w ramię Harrego.
-U mnie też nieźle- odparł Styles, uśmiechając się. –Pomijając fakt, że kumpel chce zjeść mi dziewczynę…- mruknął, patrząc z dziwną miną na Horana, ale ten nie zwrócił na niego uwagi, instruując Eda jak złapać gitarę, by wydawała dzięki podobne do gitary, a nie pierdów słonia. Przez chwilę patrzyłam na nich, uśmiechając się rozbawiona, ale blade dłonie Eda nie mogły utrzymać gitary. Jego długie kościste palce, jak się później okazało, idealnie nadają się do gry na gitarze i już kwadrans później wygrywał jakąś melodię z miną wirtuoza.
-Ukradłeś mi portfel tej nocy! Jedną ręką! Tak! Czekałam na policję całą noc!- zawyłam, a chłopacy się zaśmiali. Przez chwilę wplataliśmy dziwne słowa w tekst, albo zmienialiśmy słowa, gdy nagle, Niall krzyknął, a ja podskoczyłam w miejscu.
-Charlie! Weź ją ode mnie!- ryknął, a ja spojrzałam na niego dużymi oczami i wstałam, by widzieć jak wkurzony Niall prowadzi za sobą nikogo innego jak, no cóż, tego można się było spodziewać, pannę Amity Monrow. Uniosłam brwi, a blondas prychnął zdenerwowany, zanim zaczął mówić. –Ona wciąż mnie podrywa, zagaduję, przez nią nie mogę się skupić i nie chce mi dać spokoju!- wykrzyknął blondas, a ja uniosłam brwi wyżej, patrząc na Amity. Skrzyżowała ręce pod biustem, który wyglądał jakby wył o to, by mógł wyskoczyć z jej skąpej bluzeczki na wolność. Miała trochę urażoną minę, ale wciąż wypinała piersi do przodu i przeżuwała gumę z tą samą zawziętością, co wcześniej. Kątem oka, dostrzegłam jak Liam kieruje na nas swój aparat i pokazuje wszystko fanom. Westchnęłam.
-Amity, czy możesz dać spokój Niallowi?- mruknęłam, patrząc na nią. Ona tylko zarzuciła włosami i wywróciła oczami. I obrzuciła mnie takim spojrzeniem, jakby patrzyła na coś potwornie obrzydliwego. A potem posłała flirciarski uśmiech Harremu, doskonale wiedząc, że mnie to zdenerwuje. A jakby było tego mało, podeszła do Nialla i klepnęła go w zadek, chichocząc. Wystarczy. Żadna nie będzie próbowała poderwać Nialla, w obecności Effie. Żadna nie będzie patrzyła flirciarko na Harrego. ŻADNA. Zmarszczyłam brwi i zacisnęłam pięści, napinając chyba wszystkie mięśnie. Cała sala zamilkła zupełnie i tak nagle, że wydawało się to niemożliwe.
-Dosyć tego laleczko! Za drzwi. Już!- warknęłam, a ona zmierzyła mnie tym sowim pogardliwym spojrzeniem.
-Nie możesz mi nic zrobić- prychnęła. –Jakbyś nie wiedziała, mój tatko, jest właścicielem tego…
-I wcale mnie to nie obchodzi! Wyjdź za drzwi, albo sama cię tam wywlokę!- ryknęłam tak, że aż Niall cofnął się o krok. Amity jednak, stała nadal niewzruszona, podziwiając swoje krwistoczerwone paznokcie. Doigrałaś się. Oj, doigrałaś się. –Sama tego chciałaś- syknęłam, podeszłam do niej, złapałam za włosy i wyprowadziłam ją za drzwi, nie zważając wcale na jej krzyki.
-Ocipiałaś?! Co ty robisz idiotko?! Zostaw moje włosy wywłoko!- piszczała. Tymczasem ja, wykopałam ją za drzwi i zamknęłam je na zamek. A zrobiłam to wszystko z takim impetem i wściekłością, że wszyscy patrzyli na mnie zszokowani.
-Na co się gapicie?!- warknęłam i nagle wszyscy wrócili do swoich zajęć. Niall wyjąkał ciche „dzięki Charlie” i zwiał, kontynuować lekcje. To by było na tyle jeśli chodzi o moje obozowanie. Jeśli jej ojcólek nie wywali mnie w ciągu godziny, to będzie cud. Ale na pewno mnie wywali. W końcu wywlokłam z klasy jego córkę za włosy, a potem kopnęłam ją prosto w jej zad… Ta. Serio. To będzie cud.

***

Cud! Ludzie cud! Cud się stał! Najprawdziwszy cud! C-U-D! Zostaje na obozie! Rozumiecie?! ZOSTAJE NA OBOZIE! Nie wiem jak to możliwe, ale pan Monrow nie ukarał mnie tylko Amity! A wiecie kogo to zasługa? Liama! Bo pokazał nas na twitcamrze, a pan Monrow akurat ją oglądał! Rozumiecie to?!
-Liam! Jak ja bardzo cię kocham!- zawołałam, chyba po raz tysięczny dzisiaj, rzucając się na szyję chłopaka. –Dzięki, dzięki, dzięki, dzięki! Tak bardzo cię kocham!
-Charlie, wiem. Uspokój się. Proszę- odparł Liaś, odpychając mnie delikatnie od siebie. Z początku też się cieszył, ale najwyraźniej zdążyło mu się to znudzić. Przez całą drogę na stołówkę wisiałam mu na szyi i wykrzykiwałam jak bardzo go kocham. Aktualnie staliśmy w kolejce po jedzenie, a ludzie przec hodzący obok dziwnie na nas patrzyli. Ale to co. Bo zostaje na obozie!
-Kiedy ja nie mogę! Tak bardzo się cieszę!- poskoczyłam w miejscu, prawie wytrącając mu tacę z jakąś breją, imitującą obiad, z ręki. Liam spojrzał na mnie karcąco i zaprowadził mnie do naszego stolika, upewniając się uprzednio, czy wzięłam swoją tacę. Bo to Liam. Musiał się upewnić, że coś zjem. On jest taki troskliwy! –Najchętniej to wzięłabym kogoś i bym go tak… ahhhhhhhhhh!- pisnęłam w momencie, gdy Harry kład swoją tacę na stole, obok mojej. Wstałam gwałtownie i, nie myśląc wiele, rzuciłam się na niego, ściskając go mocno i całując w policzki. –Kocham cię Harry!- Styles wytrzeszczył oczy, zszokowany moim zachowaniem i zarumienił się odrobinę. To pewnie z tego gorąca. Serio. Usmażyć się można. Zwłaszcza jajko na parapecie. Niall próbował. Jego czas? Dwie minuty. –Ciesz się ze mną! Zostaje na obozie!- wykrzyknęłam, uśmiechając się szeroko, a ludzie przechodzący obok uśmiechali się, najwyraźniej stwierdzając, że to zupełnie normalne.
-Cieszę się Charlie- odparł. –Ale zejdź ze mnie. Chciałbym coś zjeść- jęknął, a ja, po chwili, posłusznie wykonałam jego prośbę. I usiadłam obok niego majtając nogami i wciąż szeroko się uśmiechając. Reszta usiadła przy nas niepewnie, gotowi w każdej chwili zwiać.
-Zostaje na obozie!- krzyknęłam, jakby mogli o tym zapomnieć w ciągu dwóch minut, gdy stali w kolejce po jedzenie. A oni tylko jęknęli i zajęli się jedzeniem, by nie musieć mi odpowiadać.

***

-Ale jak to mecz koszykówki?- wyjąkałam, ściskając biały strój z numerem 16 na plecach. Ha-ha-ha. Bardzo zabawne Matt.
-Normalnie- odparł Harry, zdejmując białą koszulkę i wciągając różową z numerem 69 na plecach. Taaa. Spojrzał obojętnie na numerek, a potem na mnie. Taaa? –Pierwszy mecz to Zjadacze Waty Cukrowej kontra Aniołki Charlotty. Lepiej się przygotuj- dodał, a ja uniosłam brwi. Że niby jaki to ma związek z karierą, ja się pytam?! Hę?!
-Jak wyglądam?- zapytał Niall, podbiegając do mnie w zielonej koszulce i obracając się do mnie plecami. Miał numer 00. Niemrawo uniosłam kciuk w górze, a on pobiegł zadowolony do Effie, pogadać z nią o meczu.
-Jaki masz numer?- usłyszałam koło siebie Zayna.
-23, a ty?- odparł Liam.
-12
-A ja mam 4!- wykrzyknął zadowolony Louis. –Koszykówka, fajnie, co nie?
-Nie- mruknęłam, a wszyscy trzej spojrzeli na mnie nagle. –Jestem dziewczyną. A w mojej drużynie są sami chłopacy oprócz Amity. I mnie.
-Ale u Harrego są tylko trzej chłopacy. On, Jessy i Ed- zauważył Liam.
-Ta, twoja drużyna powinna wygrać- stwierdził Zayn, a Louis pokiwał ochoczo głową. Ja tylko westchnęłam i poszłam się przebrać. Gdy wróciłam, ubrana w workowatą koszulkę bez rękawów, damskie szorty i adidasy, wszyscy już byli zwarci i gotowi. Z wielką niechęcią zajęłam miejsce na boisku, a Matt zagwizdał głośno ze swojego miejsca sędziego. No i się zaczęło. Nie minęło pięć minut, a pokonywaliśmy Zjadaczy Waty Cukrowej dziesięcioma punktami. Chłopacy mieli rację. Dziewczyny z drużyny Harrego wciąż się gapiły maślanymi oczami na niego i Jessy’ego. A chłopacy z mojej drużyny robili całą robotę za mnie. Ja po prostu stałam pod koszem z Amity broniąc. Tak naprawdę, po prostu patrzyłyśmy na wszystko znudzone, nie odzywając się do siebie ani słowem. Czyżby Amity miała mi za złe dzisiejsze zajęcia? Oh, jak mi przykro. Znudzona widokiem dwóch tuzinów spoconych facetów, spojrzałam na trybuny, gdzie siedzieli chłopacy. Każdy obserwował mecz, komentując wszystko głośno.
-Przecież to był faul!
-Sędzia kalosz!- ja serio nie rozumiem, co faceci widzą w sporcie. Serio. Tuzin facetów w przepoconych podkoszulkach latających za jedną piłką. Fascynujące. Westchnęłam i skupiłam się na meczu. Wygrywaliśmy trzynastoma punktami, po tym jak Ben zrobił wrzut za trzy punkty. I pewnie nadal skupiałabym się na dziwnym aparacie Eda, gdyby Harry nie stanął w kącie boiska i nie otarł potu z twarzy koszulką, odsłaniając przy tym brzuch, tors i wszystkie tatuaże. Cholera, faktycznie jest seksowny. Strasznie seksowny. Przy takim torsie, powinien być zakaz noszenia koszulek. Absolutny zakaz. To by było cudowne. Móc codziennie na to patrzeć. Harry podniósł głowę, a nasze spojrzenia się skrzyżowały. Uśmiechnął się mimowolnie. Gdy nagle, zrobił wystraszoną minę i krzyknął:
-Charlie uważaj!- ale było już za późno. Piłka uderzyła mnie w twarz z siłą dziesięciu słoni, a Ed wpadł na mnie z siłą dwudziestu słoni. Opadłam na trawę, przygnieciona ciężarem jego długiego ciała, a ostatnie co widziałam, to twarz Harrego otoczona milionem złotych gwiazdek…

***

Obudził mnie silny ból… e, wszystkiego. Jęknęłam i otwarłam oczy, ale oślepiona jasnym światłem, przymknęłam je.
-Charlie? Jak się czujesz?- usłyszałam obok siebie ochrypnięty głos i zamrugałam kilkakrotnie, by odzyskać ostrość widzenia.
-Jakby mnie stratowało stado słoni- wychrypiałam. Gdy wreszcie odzyskałam wzrok, zauważyłam, że wokół mojego łóżka kręcili się chłopacy, a Harry przysunął sobie do niego krzesło i siedział obok, ściskając mnie za rękę. Czyli już nie tańczył z gwiazdami? –Co się stało?
-Ed trafił w ciebie piłką, a potem na ciebie wpadł- odparł Zayn, nachylając się nad łóżkiem i patrząc na mnie z niepokojem. Zmarszczyłam brwi.
-Chcecie mi powiedzieć, że stratowała mnie gigantyczna wiewiórka?- zapytałam, a oni się zaśmiali.
-Tak jakby- odparł Lou, uśmiechając się.
-Co się stało? Jakim cudem go nie zauważyłaś?- zapytał Zayn, a ja zmarszczyłam brwi, starając się sobie przypomnieć. Co ja wtedy robiłam? Co ja wtedy mogłam robić? Hę? Momencik… Zanim Harry tańczył z gwiazdami i zanim Ed mnie staranował, widziałam… widziałam… jakąś ładną męską klatę z tatuażami i zielone oczy… Chwileczkę. Czy ja gapiłam się na Harrego? E… Tak. Gapiłam się na Harrego. Cholera.
-Po prostu się zagapiłam i jakoś tak wyszło- wymamrotałam, specjalnie unikając wzroku Harrego. Usiadłam na łóżku i od razu tego pożałowałam. Zabolało mnie, e…, wszystko. A zwłaszcza prawe oko. Tak w ogóle, to coś mało przez nie widziałam. Jakbym miała coś na oku i mi to zasłaniało. Podniosłam rękę i dotknęłam delikatnie skóry wokół oka. Była spuchnięta. I strasznie bolała. Syknęłam.
-Uważaj. Matt posmarował cię jakąś maścią, ale opuchlizna zejdzie dopiero po kilku godzinach- odparł Liam, siadając na łóżku, z miną wystraszonej matki.
-Siniak potrzyma się trochę dłużej- mruknął Niall, szukając czipsa w pustej już paczce, a ja wytrzeszczyłam oczy. –Ale zawsze można cię podmalować, czy coś i nie będzie nic widać.
-Jaki siniak?!- pisnęłam nienaturalnie cienkim głosem, a chłopacy się trochę zmieszali.
-No, eeee… sama zobacz- Zayn z dziwną miną podał mi lusterko, a ja się w nim przejrzałam. I krzyknęłam. Na oku miałam gigantyczną śliwkę rozmiarów tłustego chomika! Co to ma być?!
-Spokojnie, za parę dni nie będzie po tym śladu- zapewnił mnie Louis. Ale ja go nie słuchałam. Zeskoczyłam z łóżka (od razu wszystko zaczęło mnie boleć i rwać) i podeszłam do szafki, wyciągając z niej czarne przeciwsłoneczne Ray bany i wsunęłam ja na nos, maskując tłustego fioletowego chomika na moim oku.
-W porządku?- zapytał Harry z niepokojem. Odwróciłam się do niego.
-Pewnie- odparłam. –Zawsze chciałam mieć podbite oko- wspominałam już może, że nie lubię sportu? Tak? Teraz go nienawidzę.

***

Przynajmniej w całej tej strasznie żenującej sytuacji jest jeden plus. Wygraliśmy! Mieliśmy drugie miejsce! Kto by się spodziewał, że Alpejskie Krowy skaczą tak wysoko?
 -Lepiej ci?- zapytał Zayn, siadając obok mnie na łóżku. Leżałam w piżamie z woreczkiem lodu na oku, wszystko mnie bolało i chciałam zdechnąć. W odpowiedzi jęknęłam. Kolację musiałam zjeść w okularach. Nie wspominając o tym, że bolał mnie każdy skrawek ciała i ledwo doczłapałam na stołówkę. Ludzie dziwnie na mnie patrzyli, ale miałam to gdzieś. Skupiałam się na swoich kanapkach z serem pleśniowym, który wcześniej był chyba twarożkiem. Nie wiem jak to możliwe, ale przysięgam, że tak było. –Straszna z ciebie gapa, misiu- stwierdził Zayn, śmiejąc się, a ja posłałam mu mordercze spojrzenie spod kostek lodu. –Żeby tak się urządzić- westchnął, kręcąc głową, a ja pacnęłam go po omacku w coś co przypominało ramię. Ale równie dobrze mogła to być jego noga. Bo znowu przyłapałam ich na tym jak bawili się moim NOWYM depilatorem. Ale mają szczęście, bo ten nie wybuchnął. Tylko odrobinkę się zapchał, ale Liam opanował sytuację. Na szczęście. Bo mielibyśmy powtórkę z rozrywki. A tego chyba nikt by nie zniósł ponownie. Westchnęłam, myśląc o liściku, który znalazłam na oknie w mojej sypialni. Wypisany był dziwnym męskim pismem. Nie mam pojęcia od kogo to, ale gdy tylko o niej pomyśle, humor od razu mi się poprawia.

Ładnie ci z podbitym okiem.
Słodkich snów.
Książę na białym koniu

_____________________________________________________________________

Kolejny rozdział. Przepraszam, że tak późno. Mam nadzieję, że się podobało.
Do nastęonego!