sobota, 26 kwietnia 2014

Rozdział 35

**Rozdział 35**


Mam dobre wieści! Chyba zaczynam się przyzwyczajać do tej trąbki. Dzisiaj prawie nie spadłam z łóżka. Ale i tak bolało tak samo mocno. Nagle ktoś wparował do pokoju, ale nie mogłam się nawet ruszyć owinięta szczelnie kołdrą, by zobaczyć kto to.
-Nasza Mała wstała!- krzyknął Lou. Nasza Mała? A to już nie pamięta, jak wczoraj dał się przeze mnie poderwać? Czyli jak na razie mamy Louisa.
-Dzieńdoberek słońce!- plus Niall.
-Wstawaj, szkoda dnia!- i Liam. Swoją drogą, jakbym chciała sobie posłuchać takich tekstów, to włączyłabym sobie radio. Jak myślicie geniusze, dlaczego radio w mojej sypialni jest ODŁĄCZONE od prądu? Hmmm? 
-Misiek, dzisiaj zaczynamy swoje muzyczne zajęcia!- dodajcie do tego Zayna. Nagle usłyszałam głośny huk.
-Wybacz Zayn. Nie chciałem się potknąć o twoje buty- no i oczywiście szanowny pan Przepraszam Harry. Odkąd przyjechaliśmy na obóz zaczął wszystkich za wszystko przepraszać. Serio. Na lotnisku przeprosił jakąś staruszkę, że potknął się o jej psa. Nie zmyślam. Nie żeby mi to przeszkadzało, czy coś. Lubię, gdy Harry jest uprzejmy. On zawsze był uprzejmy i dobrze wychowany. Ale, gdy byliśmy w domu był jakoś tak jakby bardziej, no ja wiem, zboczony? Nie słyszałam żadnego sprośnego żarciku z jego ust odkąd jesteśmy w Kanadzie. ŻADNEGO. Może to dziwnie zabrzmi, ale jeśli tak dalej pójdzie, to zacznie mi brakować tych jego sprośnych żarcików. Czujecie powagę tej sytuacji? Czyżby to kanadyjskie powietrze tak na niego działało? Zaraz, chwila, moment, wróć. Który dzisiaj jest?! 27 czerwca?! Dzisiaj mam urodziny! Wreszcie mam 16 i mogę oglądać Filmy dla Dużych Dzieci, bez znaczących spojrzeń ze strony chłopaków!

***

Chłopacy, po zrobieniu niesamowitego bałaganu w moim pokoju, pomogli mi się wyplątać z Kołdrzanej Zasadzki i zgodnym krokiem ruszyliśmy ku stołówce, by móc udławić się kolejnym daniem z proszku przy akompaniamencie rozmów obozowiczów i fleszy aparatów. Kiedy oni w końcu przestaną nam robić zdjęcia? Mam nadzieję, że niedługo, bo jeszcze trochę, a zwariuję. Gdy oni robią mi zdjęcia na każdym kroku, czuję się jak jakaś gwiazda. A ja nie jestem gwiazdą. Ja jestem Charlie Cole. I nie zamierzam siedzieć w spokoju i pozwalać się im fotografować przez całe wakacje. Bo oni nie będą nam robić zdjęć przez całe wakacje, prawda? Prawda?!
-Cześć Charls! Jak tam? Co tam?- zapytał Jessy, podchodząc do mnie ze swoją tacą z miską płatków z mlekiem. Wreszcie zaserwowali prawie normalne śniadanie. Jakby pozbyć się tych białych glizd z mleka, to można byłoby to zjeść! Uśmiechnęłam się i wzdrygnęłam ramionami.
-Widzieliśmy się wczoraj wieczorem. Jak sądzisz, ile mogło się od tego czasu wydarzyć?- mruknęłam, a Jessy tylko uniósł znacząco brew. Dobra. Od tego czasu mogło się dużo wydarzyć. Jak na przykład to, że Bestia z Lasu prawie zjadła mnie i Zayna, ale w ostateczności zadowoliła się moimi klapkami. Albo to, że Niall urwał klamkę od drzwi oddzielających nasze sypialnie. Lou próbował to naprawić, ale skończyło się na tym, że tylko jeszcze bardziej ją połamał. A ja musiałam spać przy otwartych drzwiach. Czujecie ten dreszczyk na skórze? Ja zdecydowanie tak. Zwłaszcza, gdy pomyliłam chrapanie Zayna z warczeniem szopa. To było straszne. A, i jeszcze trzeba wspomnieć o tym, ze chłopacy rozwalili mi depilator, goląc swoje behemoty* na nogach. A ta malutka, różowa maszynka zapchała się ich grubymi kłakami, przepaliła i buchnęła żywym płomieniem. A tak ją lubiłam! Nie podrażniała mi skóry! Teraz muszę się zadowolić jednorazówkami chłopaków. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że mam poharatane nogi, a sufit nad łóżkiem Liama jest trochę zwęglony. Ale tylko troszeczkę. Ah, no tak. I jeszcze dzisiaj są moje urodziny. Ale nie wygląda na to żeby ktokolwiek pamiętał. Czy to możliwe żebym pomyliła daty? Westchnęłam. –Tja. Szkoda gadać- mruknęłam, kręcąc głową, a Jessy zachichotał. Mówcie sobie co chcecie, faceci też chichoczą! A ja mam na to dowód! Nawet pięć! Jessy przez chwilę wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale potem spojrzał na coś za moimi plecami i posłał mi przepraszający uśmiech.
-Muszę już iść. Obiecałem, że zjem z chłopakami- odparł, wskazując na niedaleki stolik. Spojrzałam na grupkę chłopaków, gapiących się na mnie i na Jessy’ego z otwartymi ustami. Okej. To jest dziwne.
-Jasne- uśmiechnęłam się do niego i przesunęłam się w kolejce, dreptając za jakąś jasną szatynką. Po chwili usłyszałam niezadowolone pomruki, a za mną stanął jakiś wysoki koleś chuchający mi w kark i mruczący wciąż pod nosem przeprosiny. Zmarszczyłam brwi i wolno odwróciłam się w tył. Zielone oczy. –Mama ci nie mówiła, że to nie ładnie tak wpychać się do kolejki?- zapytałam, mrużąc oczy, a Harry się tylko uśmiechnął. 
-Jeszcze raz chciałem przeprosić za ten depilator- odparł, a ja uniosłam brew, patrząc na jego długie spodnie. Przecież na zewnątrz jest skwar, stary! Harry widząc moje spojrzenie, uśmiechnął się nieśmiało. –Zdążyłem wydepilować tylko jedną nogę- szepnął zażenowany, a ja zachichotałam. Potem wskazałam na swoje nogi.
-Widzisz jak muszę przez was cierpieć?
-Przepraszam! Naprawdę nie myśleliśmy, że on, no wiesz, wybuchnie- mruknął, spuszczając głowę. Uśmiechnęłam się szeroko i poklepałam go po ramieniu. 
-A ja nie myślałam, że wzięliście tak mało maszynek do golenia. Ale mówi się trudno. Będziecie chodzić zarośnięci jak drwale, bo ja nie zamierzam wyglądać jak King Kong- odarłam, puszczając mu oczko i podkładając tacę smętnej kucharce, która z siatką we włosach i papierosem w ustach wyglądała, jakby karmienie rozwydrzonych nastolatków było ostatnią rzeczą na jaką miała ochotę. I pewnie tak było. 
-Brodę? Latem?!

***

-Co wy na to żebyśmy wszyscy zapuścili brody? Będziemy wyglądać jak prawdziwi mężczyźni z prawdziwego lasu!- zaoponował Harry, gdy wychodziliśmy ze stołówki, ja uśmiechnęłam się pod nosem, a chłopacy posłali mu dziwne spojrzenia.
-Oszalałeś? Brodę? Teraz? Przecież na dworze jest strasznie gorąco! Nie zamierzam tak krzywdzić mojej twarzy- odparł Zayn, a chłopacy kiwnęli zgodnie głowami.
-I jeszcze to swędzenie! Nie dzięki, stary. Ja w to nie wchodzę- mruknął Liam, a ja zauważyłam coś w trawie. Podeszłam bliżej i schyliłam się. Było białe w niebiesko-czerwone paski. I takie miękkie jak pianka. Odwróciłam to coś i ujrzałam liczbę 38. Zaraz, to moje…
-Słońce, jak wyglądałbym w brodzie?- wypalił nagle Niall, a ja zdziwiona spojrzałam na niego znad szczątek moich klapek. Zayn rozpoznając podeszwę, którą trzymałam w ręce i uniósł wysoko brwi.
-To on tego nie zżarł?- mruknął, a ja wzdrygnęłam ramionami i wrzuciłam szczątki klapek do pobliskiego kosza.
-Nie wiem Niall. Ale lepiej nie eksperymentuj. Bo jak Gaspachio się o tym dowie, to obedrze cię ze skóry- odparłam, klepiąc blondasa po ramieniu, a ten westchnął zawiedziony.
-Pewnie masz rację- westchnął, a ja uśmiechnęłam się szeroko i kiwnęłam głową.
-Aha! Bo ja zawsze mam rację- odparłam, zadowolona zauważając, że chłopacy tego nie skomentowali. Mądre posunięcie, drodzy panowie. Mądre posunięcie. Zebraliśmy się wszyscy na placu głównym, tak jak kazał nam Matt i teraz staliśmy tam wszyscy w kupie, wysłuchując brytyjskiego radia z głośników.
-Dzisiaj mamy specjalny dzień. To nie tylko kolejny dzień lata, ale również szesnaste urodziny naszej ulubienicy, Charlie Cole z One Direction! Wszystkiego najlepszego Charlie!- uniosłam brew, słysząc spikerkę i spojrzałam ukradkiem na chłopaków. No wiecie, może akurat, zupełnie przypadkowo, coś im się przypomniało. Na przykład coś o urodzinach jakiejś osoby. Na przykład o MOICH urodzinach. Na przykład.  –Dzisiaj jest z nami jej manager i opiekun- Paul Higgins ze specjalnymi życzeniami dla naszej solenizantki!- o, czyli o to chodziło Paulowi z tym esemesem. Przynajmniej on pamiętał. No i Clodagh i dzieci. Nagrali mi specjalny filmiki, na którym składają mi życzenia, pokazali Małą Charlie i w ogóle. To miłe z ich strony. Dostałam jeszcze strasznie długi, strasznie słodki i strasznie ckliwy telefon od Dylan i Connora. Dylan co chwila paplała jak za mną tęskni i jak bardzo chciałaby się spotkać i pogadać, jak dziewczyna z dziewczyną itp. itd. etc. Oni też pamiętali. Nie to co inni. –Wszystkiego najlepszego smarkaczu! Przykro mi, że nie ma mnie z wami, bym osobiście mógł ci złożyć życzenia, ale jakoś musisz zadowolić się tym. Moja mała dziewczynka jest już kobietą! Nie wiem kiedy tak urosłaś. Życzę ci spełnienia marzeń, dobrych ocen, szczęścia w życiu i wszystkiego co sobie tylko wymarzysz. Prezent od nas powinien dotrzeć niedługo. Jeszcze raz: Sto lat Charlie!- uśmiechnęłam się pod nosem i ponownie spojrzałam na chłopaków. Nic. Gapili się głupio w niebo. Jak, pytam się JAK, można być aż tak głuchym? A co z Jessym? On też mógłby pamiętać. I miło by było, gdyby przynajmniej złożył mi życzenia. Ale nie. On oczywiście też jest głuchy. A wiecie co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? Że żaden, podkreślam, ŻADEN obozowicz nawet nie pisnął słówkiem o tym, że mam dzisiaj urodziny. A przecież ktoś musiał o tym wiedzieć. Choćby jedna osoba. Po prostu nie ma takiej opcji, że nikt nie wiedział. Smętna kopnęłam kamyk. A wtedy zjawił się Matt z materiałowym workiem.
-Cześć! Powiem szybko, bo musimy zacząć zajęcia. Teraz podzielimy się na pięć grup. Każdy z członków One Direction będzie mentorem. W tym worku mam pięć kolorowych koszulek. Jaką wylosujecie koszulkę- takiego będziecie mieli mentora. Dobra, zaczynajmy- odparł, a ja zamrugałam kilkakrotnie. Że co? Matt podszedł do każdego z nas z workiem i każdy wylosował koszulkę. Niall niebieską, Zayn czerwoną, Lou fioletową, Liam białą, Harry zieloną, a ja różową. Fu. Nie lubię różowego. Matt już miał podejść z większym workiem do obozowiczów, gdy nagle zaskrzeczał Harry.
-Ale ja nie chcę zielonej! Chcę różową!- westchnęłam, a Matt zatrzymał się wpół kroku i spojrzał na niego dziwnie.
-A ja zieloną!- jęknął Niall.
-Ja wolę niebieski!- krzyknął Zayn
-Czy wy chociaż raz nie możecie zachować się jak dorośli?- westchnął Liam, a Lou od razu go zgasił.
-Przyznaj się! Ty sam wolisz fioletową!- Tommo wskazał na niego oskarżycielsko ręką. Matt spojrzał na mnie z nadzieją, jakby prosił bym chociaż ja okazała się normalna. 
-Nie lubię różowego?- odparłam, unosząc brwi i uśmiechając się niewinnie. No i się zaczęło. Chłopacy zaczęli się kłócić, wymachiwać rękami, rzucać trawą, a ja, słysząc swoje imię, dołączyłam do nich. Nie minęło pięć sekund, a my ganialiśmy się po dziedzińcu wrzeszcząc i rzucając się trawą, jak banda debili. W sumie, to dużo się nie pomyliłam. Chcąc nie chcąc, jesteśmy bandą debili. Tja.
-Dosyć!- wykrzyknął Matt, a my zatrzymaliśmy się w pół kroku z trawą w rękach. Ale to nie trwało długo. Bo po chwili Lou mnie popchnął, a ja, upadając, pociągnęłam za sobą resztę. Upadliśmy z wielkim hukiem i jękiem. Matt spojrzał na nas spod zmarszczonych brwi. A my, jak na komendę, wyszczerzyliśmy zęby w niewinnym uśmieszku.

***

Matt zachował się jak zawodowa matka i już po chwili nasza kłótnia była rozstrzygnięta, a problem rozwiązany. Każdy miał koszulkę w swoim upatrzonym kolorze (Niall zieloną, Zayn niebieską, Lou czerwoną, Liam fioletową, Harry różową, a ja białą), a Matt mógł wreszcie przejść dalej i teraz obozowicze ustawiali się za nami, tworząc pięć grup. Szczerze mówiąc, ulżyło mi. Bo gdybym miała przez całe wakacje paradować w różowej bluzce, chyba bym zwariowała. Mogę czasem założyć coś różowego dla żartu. Tak jak było z tym przebraniem. Ale nie chcę chodzić w różu na okrągło. A fe. Choć, musze przyznać, Harremu w rożu całkiem do twarzy. Ładnie podkreśla jego zielone oczy i w połączeniu z jego wszystkimi tatuażami wygląda tak, eee, ciekawie? Tak, to dobre słowo. Bum, cyk, sekund pięć, a wszyscy mieli już swoją grupę. U chłopaków było najwięcej dziewczyn (u Harrego tylko dwóch chłopaków. Zgadnijcie kto między innymi. Ta, Jessy. Na początku był u mnie, ale potem spojrzał na Stylesa i wymienił się z jakimś innym chłopakiem i teraz był w różowych. Dziwne), a u mnie prawie cała płeć brzydka. Ciekawe dlaczego? Ah, no tak. Bo przecież Harry jest potwornie przystojny i jest ulubieńcem z zespołu. Choć tego zupełnie nie rozumiem. Przecież reszta jest równie przystojna i ciekawa pod względem charakteru, jak Harry. Ale okej. Nie wnikam. Te dzisiejsze nastolatki.
-Czy wszyscy mają swoją drużynę?- zapytał Matt, rozglądając się, gdy niespodziewanie w górę wystrzeliła wyjątkowo mała i zadbana dziewczęca ręka z czerwonymi paznokciami, a do moich uszu dobiegł głos, od którego miałam ciarki na plecach.
-Ja nie mam!- czy ona zawsze musi odwalać taką szopkę na wejściu? Czy to naprawdę konieczne? Czy ona musiała ubrać tak krótką i obcisłą koszulkę, że jej piersi prawie z niej wyskakują? Czy ona na serio musi mnie prześladować? Tak swoją drogą co ona tu robi? Ma jakikolwiek talent muzyczny? Chwileczkę… Monrow. Mo-nrow. M-o-n-r-o-w. Zupełnie tak samo jak właściciel tego… cholibka.
-Amity- mruknął Matt, marszcząc brwi, a ona wyszła naprzód i wypchnęła piersi do przodu dosłownie pożerając wzrokiem moich chłopców. Tak, właśnie. MOICH chłopców. A zwłaszcza Harrego. Gapiła się na niego jakby chciała się na niego rzucić, zerwać z niego ubrania i… fu. Powiem tylko jedno: WARA ZDZIRO OD MOJEGO HARREGO! –Twój ojciec uprzedził mnie, że możesz się spóźnić. Została dla ciebie jedna koszulka- odparł Matt podchodząc do niej z workiem. Ta uśmiechnęła się seksownie (skubana), przyprawiając o ślinotok znaczną część męskiej części obozowiczów i wyciągnęła z worka ostatnią koszulkę. –Dobra. Plan zajęć jest wywieszony na stołówce. Miłej nauki!- wykrzyknął Matt, wracając do swojego biura, ale nikt się nie ruszył. Wszyscy byli zbyt zajęci gapieniem się na Amity. I na jej cycki. Tymczasem ona, uśmiechnęła się tak jak wcześniej i wróciła do gapienia się na Harrego w TEN sposób. Skrzyżowała ręce pod biustem, przez co one prawie wyskoczył na powitanie z jej skąpej bluzeczki. Podwójne fu. A Harry gapił się na nią. Nie dziwię się. Ale dziwię się raczej tym, że nie miał tego głupiego wzroku, gdy zobaczy seksowną laskę, a po głowie chodzą mu zboczone rzeczy. On raczej gapił się na nią, no, tak po prostu. Jakby był zdziwiony. Amity zarzuciła włosami i podeszła do Harrego.
-Cześć przystojniaku- zamruczała jak kotka, łasząc się do jego prawie nagiego torsu, który zakrywała jedynie luźna koszulka na cienkich ramiączkach, ukazując prawie wszystkie jego tatuaże i umięśnione ciało. Co ona sobie wyobraża w ogóle?! Że tak po prostu może sobie przyjechać na ten obóz, popsuć mi humor i flirtować z Harrym?! Moim Harrym?! Harrym moim chłopakiem?!... Dobra. On nie jest moim chłopakiem
tak na serio. Ale nikt o tym nie wie. Więc jesteśmy parą, ale jednocześnie nią nie jesteśmy. I w ogóle… Cholibka. Strasznie to pogmatwane. Podczas, gdy ja próbowałam zrozumieć o co mi chodzi, Amity flirtowała dalej z Harrym. –Ładne… tatuaże- odparła zerkając na jego nagie ramiona i tors i oblizując usta językiem w obleśny sposób. A wszyscy nadal stali dookoła, gapiąc się, zbyt zbaraniali by móc cokolwiek zrobić lub powiedzieć. A gapili się na mnie. I na nich. Równocześnie. Nie wiem, jak to możliwe, ale tak było. JAK ONA ŚMIE?! Z MOIM HARRYM?! Po moim trupie laleczko! Zacisnęłam pięści, opanowałam chęć rozszarpania jej na strzępy, odchrząknęłam i podeszłam do nich.
-Amity, kotku, cieszę się, że przyjechałaś! Wszyscy się cieszymy- zaszczebiotałam, zmuszając się do słodkiego uśmiechu, przez co zbierało mi się na stokrotne wymioty. –A teraz odwal się od Harrego- mruknęłam, a słodziutki uśmieszek w mgnieniu oka zeszedł z mojej twarzy. Amity uniosła swoje idealne brwi i obrzuciła mnie drwiącym spojrzeniem.
-Że co proszę?- sapnęła, nie odsuwając się od Harrego nawet o milimetr. Zmarszczyłam brwi, przybierając groźny wyraz twarzy i piorunując ją spojrzeniem.
-Słyszałaś. Odwal się do mojego chłopaka, zdziro!- warknęłam, wrzucając w tę wypowiedź tyle jadu, ile tylko szło. Amity prychnęła, zarzuciła włosami, wypięła piersi do przodu i odeszła. A ja odprowadziłam ją wzrokiem, starając się na nią nie rzucić i nie powyrywać jej lśniących, brązowych kłaków. Przez chwilę wszyscy milczeli, gapiąc się na mnie dużymi oczyma, a potem rozeszli się, idąc w kierunku stołówki. Zostali tylko chłopacy i ja.
-Wow, Charlie. Warczałaś jak wściekły owczarek niemiecki!- przyznał Zayn, robiąc duże oczy.
-Owczarek niemiecki? Stary! Charlie ryczała jak wielki niedźwiedź!- poprawił go Niall i po chwili wszyscy ruszyli do stołówki, wymieniając się spostrzeżeniami co do mojej agresywności. Został tylko Harry i ja. Staliśmy zupełnie sami. Na wielkim placu głównym. Zuuuupeeeełnie sami. Wypuściłam powietrze z płuc, czując jak cała złość ze mnie wychodzi.
-Nazwałaś mnie swoim chłopakiem- szepnął Harry, a ja odwróciłam się do niego. Miał dziwny wzrok i uśmiechał się półgębkiem.
-Co?
-Nazwałaś mnie swoich chłopakiem- powtórzył, patrząc na mnie. Uniosłam brew. Serio tak powiedziałam?
-Jakoś… tak wyszło- odparłam, wzdrygając ramionami i czując jak się rumienię. SERIO tak powiedziałam?! BOŻE. Wariuję. Serio wariuję. Aż normalnie czuję jak moja psychika rozpada się na malutkie kawałeczki i wybucha. PUF! Czemu to powiedziałam? CZEMU?! Harry zmarszczył brwi, zastanawiając się nad czymś.
-Czy ty… jesteś o mnie zazdrosna?- zapytał nagle, a ja zbaraniałam, czując jak rumienię się od czubków palców po koniuszki uszu. Nie wierzę. Ja po prostu w to nie wierzę. Jestem zazdrosna o Harrego. Dowód? Bardzo proszę. JESTEM CZERWONA JAK POMIDOR.
-Nie!- wykrzyknęłam zbyt szybko. Cholibka. Już po mnie. Jestem skończona. CZEMU JA, DO CHOLERY JASNEJ, JESTEM ZAZDROSNA O HARREGO?!?!?!
-Ty jesteś o mnie zazdrosna!- krzyknął Harry, a ja, jeśli to w ogóle możliwe, zarumieniłam się jeszcze bardziej. Super. Teraz pewnie jestem czerwieńsza niż najbardziej czerwona koszulka Louisa. CO JA DO CHOLERY JASNEJ WYPRAWIAM?!?!
-Pff, nie?- parsknęłam, wywracając oczami. Przez chwilę milczeliśmy, gapiąc się na siebie. W zupełnej ciszy. Zupełniutkiej. –To ja może pójdę… eee, tam- odparłam, wskazując jakiś bliżej nieokreślony kierunek i ruszyłam do stołówki, by zobaczyć plan zajęć. Ja. Zazdrosna. O Harrego. Mam tylko jedno pytanie: CHARLIE, CO SIĘ Z TOBĄ DZIEJE?!

***

Plan nie był zły. Od rana do południa mieliśmy zajęcia muzyczne prowadzone przez One Direction (cudownie), a od południa coś co nazywało się O.Z.d.P.G. Ale za cholerę nie wiem co to jest.
-Co to jest, to całe O.Z.d.P.G.?- mruknęłam pod nosem zamyślona, drapiąc się po brodzie.
-Nie wiem Charls. Ale wiem jedno. Będziesz miała przerąbane z Amity- podskoczyłam, słysząc nas sobą Jessy’ego. Odwróciłam się i posłałam mu pytające spojrzenie.
-Co masz na myśli?
-A to, że Amity jest w twojej drużynie- odparł, a ja zesztywniałam. Jak to w mojej drużynie?! To nie możliwe.
-Wydaje ci się- mruknęłam, machając ręką.
-Sama zobacz- odparł, wskazując na Amity, która stała kawałek dalej i gadała z jakimś chłopakiem. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że w ręce trzymała białą koszulkę… Białą koszulkę. BIAŁĄ KOSZULKĘ. Mam przerąbane.

***

Okej. Prowadzenie lekcji jest trudniejsze niż myślałam. Teraz już wiem dlaczego pan Saltmen zawsze jest taki wkurzony. Chyba zacznę go słuchać i uważać na historii od przyszłego roku… Albo i nie. Wracając do moich zajęć. Zacznijmy może od tego, że zielonego pojęcia nie miałam jak przeprowadzić takie zajęcia. Zielonego. Dlatego napisałam potajemnie szybkiego esemesa do Lou, prosząc o pomoc. A ten, w odpowiedzi, wysłał mi zdjęcie swojej uśmiechniętej twarzy i jakiegoś dziwnego dołka z dopiskiem „zgadnij co to”. Wcale mi to nie pomogło, ale stawiam, że to pępek. Bo wątpię, żeby Lou był aż tak pokręcony, by, tak po prostu, zdjąć gacie podczas zajęć, cyknąć sobie fotkę odbytu i mi ją wysłać. Co jak co, ale bez
przesady, Tommo nie jest psychopatą. On po prostu jest dziwny. Dlatego postanowiłam poprosić o pomoc ludzi z twittera. Ale to też na zbyt wiele się nie zdało. Bo dostałam jakieś 36253928276373 odpowiedzi z zapytaniem, co robią chłopcy i prośbą o follow back albo jakże elokwentne wypracowania na temat „jaka to jestem wspaniała i dlaczego jestem ich idolką”. Nie żebym nie lubiła fanów One Direction, czy coś. Broń Boże. Uwielbiam ich. Są strasznie pocieszni. Na przykład ostatnio, dowiedziałam się ile mam żon, a jakaś dziewczyna napisała mi, że marzy o naszym ślubie i zapewniała mnie, że jest bi. Ja jej ładnie podziękowałam, przekonując, że raczej jestem hetero i w najbliższym czasie nie zanosi się na to, bym miała zmieniać orientację, a jeśli tak, to się z nią skontaktuję. Ale i tak najbardziej obleśne są bromance. Kiedyś przypadkiem trafiłam na jedną taką stronkę. Wymiękłam w momencie, gdy Zayn włożył rękę w majtki Liama. Wtedy zrozumiałam dwie rzeczy: że już nigdy więcej nie zajrzę na tego typu strony i, że mamy porąbanych fanów. Jest też pełno bromansów o mnie i o chłopakach. One też są fu. Bo, że niby ja miałabym się kiedykolwiek spotykać z którymkolwiek z chłopaków? No dobra, Harry to może jeszcze, bo zdążyłam już przywyknąć, ale reszta- nie… W sensie, nie żebym chciała się spotykać z Harrym, czy coś… Ugh. Strasznie odbiegłam od tematu. Wracając. Ludzie z tt wcale mi nie pomogli. Dlatego musiałam poradzić sobie sama. I wyszło mi całkiem, no, przeciętnie. Najpierw pokazałam im kilka ćwiczeń rozgrzewających gardła, a potem odśpiewaliśmy kilka piosenek. Z początku było trochę sztywno, ale po tym jak do naszej sali wpadł Louis, a za nim jego grupa, a wszyscy śpiewali Aqua-Barbie Girl, atmosfera się trochę rozluźniła. A ja wpadłam na jakże genialny pomysł, by zorganizować bitwę na głosy. A nagrodą miała być randka z Harrym (w przypadku dziewczyny) lub ze mną (w przypadku chłopaka). Tak dla sprostowania: ja tego nie wymyśliłam. Na ten jakże genialny pomysł wpadł jakiś chłopak, a reszta przyjęła to tak entuzjastycznie, że ja nie miałam prawa głosu. A bitwę wygrała… Amity. Nie spodziewałam się, że ona ma taki głos. Zresztą, chyba nikt się nie spodziewał. Słyszałam ją raz, czy dwa, gdy odśpiewywała szkolny hymn, ale nie wiedziałam, że ona umie robić takie rzeczy z głosem. Dlatego mam przerąbane. Bo Amity wygrała randkę z Harrym. Cholibka.
-Nad czym tak myślisz Charlie?- zapytał Harry, gdy ciupciałam smętnie swoje sflaczałe naleśniki. Ciągnęły się bardziej niż ser na pizzy. Może nie jestem cudownym kucharzem ani znawcą, ale z tego co wiem, to naleśniki nie powinny takie być. Westchnęłam, obracając na widelcu kawałek naleśnika z czymś co przypominało jagodę. Ale nie jestem do końca pewna, czy to była jagoda, czy raczej mysi bobek. –Charlie?- powtórzył Harry, a ja zmarszczyłam brwi, przysuwając czarną kulkę pod nos. Śmierdziała. Myszami. Ale to nadal nie rozwiewa moich wątpliwości. Zawsze mogła złapać ten zapach od wyrafinowanych perfum naszej kucharki o zapachu mysiego moczu. Chyba, że to po prostu jagoda, którą zjadła mysz, a potem wydaliła ją w całości. Bo przecież mogło się tak zdarzyć. –Charlotte?- szturchnął mnie, a ja się skrzywiłam.
-Nie jestem Charlotte- mruknęłam, odkładając kawałek naleśnika z jagodą/mysim bobkiem na talerz z krzywą miną.
-Twoja karta rowerowa mówi co innego- odparł Harry, uśmiechając się, a ja podniosłam zaciekawiona głowę. Moje rowerowe-co?
-To Charlie na nią zdała? Przecież ona jeździć nie umie!- parsknął Zayn, a ja zgromiłam go spojrzeniem. Ten od razu się zamknął i wrócił do pogawędki z chłopakami o jakimś nowym modelu butów. Ok., tak lepiej. Grzeczny chłopiec. Chwileczkę. Skąd Harry wie cokolwiek o mojej karcie rowerowej? Swoją drogą, zawsze mógł blefować, by mnie zdenerwować.
-Nawiasem mówiąc, ładne zdjęcie- dodał Styles, uśmiechając się głupio. Zmarszczyłam brwi. To mógł być blef.
-Grzebałeś w moich rzeczach?- zapytałam, a Harry się tylko uśmiechnął. Skubany. –Grzebałeś w moich
rzeczach!- wykrzyknęłam, a on wzdrygnął ramionami. 
-Potrzebowałem drobnych, a, że twój portfel leżał na wierzchu…- odparł, a ja uderzyłam go w ramie. Nie wiem kogo bardziej to zabolało. Zapamiętać: Harry ma twarde mięśnie, nie uderzać w ramiona. Hm. Skoro Harry grzebał w moich rzeczach i dokumentach, powinien doskonale wiedzieć kiedy mam urodziny. Więc czemu o tym nie pamięta?!
-Charlie?- usłyszałam nad sobą chłopięcy głosik i podniosłam głowę. Nade mną stał strasznie wysoki, strasznie chudy, strasznie piegowaty i marchewkowo-rudy chłopak. Włosy miał zaczesane na bok, no nosie wielkie okulary, a ubrany był w kraciastą koszulę na krótki rękaw (w kieszonce na piersi miał kolorowe długopisy), ołówkowe spodenki nad kolana i białe buty ortopedyczne. A zgadnijcie czym miał obwiązaną szyję? Ta, mucha. Nie wyglądał na kogoś, kto miałby jakiekolwiek pojęcie o muzyce. –Jestem Ed- wybąkał flegmatycznie. Momencik. To TEN Ed, którego pod niebiosa wychwalał Harry? TEN Ed, który ma anielski głosik i śpiewa wyżej niż Harry w Gotta be You? Jak widać, pozory mylą.
-Cześć Ed- odparłam, uśmiechając się miło. Czego on mógł ode mnie chcieć? Zdziwiłam się jeszcze bardziej, widząc jak Harry na jego widok zakrztusił się naleśnikiem.
-Przyszedłem, bo chciałem złożyć ci ży…- dalszej części nie usłyszałam, bo zagłuszył ją nagły napad kaszlu Harrego. Uniosłam brew.
-Proszę?
-Chciałem złożyć ci ży…- Niall zaczął nagle śmiać się jak opętany, a ja wywróciłam oczami.
-Mógłbyś powtórzyć?
-No, chciałem ci złożyć ży…
-AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA-PSIK!- podskoczyłam w miejscu, słysząc kichanie Louisa. Normalnie cała stołówka zadrżała. Spojrzałam na niego pytająco. –Chyba coś złapałem- odparł, pociągając nosem. Westchnęłam i spojrzałam ponownie na Eda, który zmarszczył nos i podrapał się po brodzie. Wyglądał jak prawie dwumetrowa wiewiórka.
-Eeee, chcieliśmy ci zaśpiewać. Mamy nadzieję, że ci się spodoba- odparł, a moje brwi poszybowały wysoko. Co tu się dzieje? Ed wyciągnął harmonijkę z kieszeni, zadmuchał, i zaczął śpiewać swoim anielskim głosikiem. Po chwili, obok niego, nie wiadomo skąd, pojawiło się czterech innych kolesi i wszyscy śpiewali acapella.
-Happy Bir…
-Aaaaaaaaaa! To znowu ten szop! Ratuj się kto może!!!- wrzasnął na całe gardło Liam, a w stołówce momentalnie wybuchła taka panika, że nie wiedziałam co się dzieje. I nie minęło pięć sekund, a ja siedziałam w stołówce zupełnie sama, ciapkając swoje gumowate naleśniki.
-Wszystkiego najlepszego Charlie- mruknęłam smętnie. Nie ma co. Najlepsze urodziny w życiu.

***

Nadal ciapkałam swojego naleśnika, gdy z głośników usłyszałam głos Matta.
-Do wszystkich obozowiczów: Zbiórka na placu głównym. To nie ćwiczenia. Powtarzam, to nie ćwiczenia- wywróciłam oczami. Co, on myśli, że jest jakimś tajniakiem na misji? I to niby ja jestem dziwna. Bez słowa odniosłam swoje naleśniki do kucharek i ruszyłam w kierunku placu głównego. Teraz miało odbyć się coś, co nazywało się O.Z.d.P.G. Wszystko okej, tylko mam jeno pytanie. Co to niby jest? Po chwili stałam obok chłopaków i założę się, że wyglądałam jak kupka nieszczęścia. Jak tyle osób naraz mogło zapomnieć o moich urodzinach? Ja się pytam, JAK?
-Serwus Charlie, fajnie, że cię nic nie zjadło- odparł Lou, posyłając mi promienny uśmiech, a ja spojrzałam na niego jak bardzo, bardzo, bardzo smutna osoba. Ten udał, że nic nie widział i poklepał mnie po ramieniu. Kiedyś zafunduję im wszystkim wizytę u optyka. Serio. Poczułam, że ktoś na mnie patrzy i podniosłam głowę. Gdy ujrzałam marchewkową czuprynę, uniosłam zdziwiona brwi. Może wreszcie dowiem się o co chodziło.
-Cześć. Na stołówce chciałem tylko powiedzieć, że jestem wielkim fanem!- odparł i w bardzo niedyskretny sposób posłał oczko komuś, kto stał za mną. Nagle za plecami usłyszałam plask, jakby ktoś klepnął się w czoło. Okej? Odwróciłam się w tył, a tam kto? Harry. Zmarszczyłam brwi, myśląc, a ten pokiwał mi, uśmiechając się niewinnie. Co jest grane? I pewnie jeszcze długo trwałabym w pozie myśliciela, gdyby nagle nie zjawił się Matt z szóstką dzieci. Okej. Nie, zaraz, co?!
-Poznajcie proszę, moje księżniczki. To Mia, Lilly, Hope, Gwen i Becky. To moje kochane siostrzenice. A ta szósta, to moja córeczka Olive- przedstawił je, wskazując na każdą po kolei. Miały nie więcej niż 6 lat i każda była od stóp do głów w różu. No cóż, taki wiek. Ale nadal nie rozumiem jaki to ma związek z nami. –O.Z.d.P.G. to skrót od „Obowiązkowe Zajęcia dla Przyszłej Gwiazdy”. Codziennie będziecie robić coś innego, co ma was przygotować do bycia sławnym. Może tego nie wiecie, ale sława to nie tylko drogie gadżety i wytrawne imprezy. To także dziwne zadania.- no dobrze. NADAL nie łapie, jak to się ima do nas? –A to wasze dzisiejsze zadanie. Do kolacji będziecie się zajmować nimi. Żadna nie może uciec, ani żadnej nie może spaść choć jeden włosek z głowy. Żona by mnie chyba zabiła- odparł, a ja wytrzeszczyłam oczy. Dziwaku w średnim wieku, że co? –Zapraszam do siebie mentorów!- zawołał, a ja pewnie nadal stałabym w miejscu, gdyby Harry mnie tam nie zapchał. Że niby ja mam niańczyć dziecko?! Przecież ja nawet rybką się zająć nie umiem! –Dziewczynki, wybierzcie teraz z kim będziecie się przez cały dzień bawić!- zawołał Matt, a cała szóstka krzycząc i piszcząc, zaczęła biegać w kółko. To chyba trudny wybór dla 5-cio latek. Bomba.
-Ja chcę tego!- pisnęła Hope, wskazując na Harrego i podskakując w miejscu jakby zjadła za dużo cukru.
-Nie! Ja go chcę! I tiego ź telefonem w ręcie teź!- krzyknęła Becky, ukazując wyraźne braki w uzębieniu.
-Nie, bo ja! I tego z czarnymi włosami też!- dołączyła się do nich Lilly.
-Ja też go chcę! I marynarza!- fuknęła Gwen, biegając w kółko.
-Ja tiesz! I tiego fajniego s fajnimi włosiami!- dodała Mia, która nie miała trzonowców. Że co? Mamciu. Przełknęłam ślinę i włożyłam nerwowo dłonie w kieszeni dżinsowych szortów. A to był błąd. Trzeba było stać, nie ruszać się i najlepiej nie oddychać.
-Dziewczynka!!!- wrzasnęła cała szóstka i rzuciły się na mnie, przytulając z każdej strony, a ja znieruchomiałam przerażona. Nie ruszaj się Charlie. Może sobie pójdą. Może. Chłopacy spojrzeli na mnie rozbawieni. Mnie wcale nie było do śmiechu. Wcale. I właśnie wtedy uratował mnie Matt.
-Dziewczynki, możecie wybrać tylko jedną osobę- odparł, a one jęknęły zawiedzione i oderwały się ode mnie. Odetchnęłam, zadowolona, że z powrotem mam swoją przestrzeń osobistą tylko dla siebie. Sekund pięć, a dziewczynki już się jakoś pogodziły i podzieliły między nas. Skład był następujący: Louis- Gwen, Liam- Becky, Zayn Lilly, Mia- Niall, Hope- Harry i wreszcie, Olive- ja. –Okej. To tyle. Widzimy się na kolacji!- odparł Matt, a ja patrzyłam dużymi oczami na dziewczynkę sięgającą mi do bioder, która uparcie ściskała moje nogi z anielską miną. Matt, gdzie ty idziesz?! Nie idź! Zostań! Nie zostawiaj mnie z nią! –Pa dziewczynki!- dodał jeszcze, machając do dzieci, ale one były zbyt pochłonięte miażdżeniem nam kości, by mogły jakoś zareagować. Nie minęły dwie minuty, a na dziedzińcu została tylko moja grupa, patrząc na mnie wyczekująco. A ja wciąż stałam jak sparaliżowana, wpatrując się w dziecko tulące moje nogi. Zamrugałam kilkakrotnie, słysząc czyjeś chrząkanie. Dobra. Pierwszy szok powoli mija.
-Eee, to co chcesz robić?- zapytałam, niepewnie patrząc na malutką blondynkę, która podniosła na mnie wzrok i przewierciła mnie ogromnymi, niebieskimi oczami.
-Wystawmy przyjęcie dla lalek i misiów!- pisnęła uradowana i, zanim zdążyłam mrugnąć, pociągnęła mnie w stronę domku, a reszta ruszyła za nami. Silna jest jak na 5-cio latkę.

***

Wiecie co? Zajmowanie się dziećmi wcale nie jest takie złe jak na początku mi się wydawało. Olive jest naprawdę urocza. Serio.
-Charlie! Twoja lalka daje koncert! Śpiewaj!- ponagliła mnie, popijając niewidzialną herbatkę z różowej plastikowej filiżanki. Uśmiechnęła się do grupy chłopaków siedzących wokół malutkiego stolika, na maluteńkich krzesłach, trzymając pluszowe misie lub lalki w jednej ręce, a różowe filiżaneczki z spodzikami w drugiej. Nadal nie wiem jakim cudem te krzesełka się jeszcze nie złamały. Spojrzałam na dziewczyny siedzące w kącie i czeszące lalki Barbie. Amity miała minę jakby jej się to nie podobało. O, jak mi przykro. Uśmiechnęłam się pod nosem, wzięłam oddech i zaczęłam śpiewać pierwszą piosenkę, jaka tylko przyszła mi do głowy. Czyli Aqua- Barbie girl. Być może to przez Louisa i jego grupę ta piosenka chodzi mi po głowie od rana. Być może. Po chwili reszta dołączyła się do mnie wystukując, wypukując i wyśpiewując rytm i chórki. A mała Liv była wniebowzięta.
-Tak! Ładnie śpiewacie! Bardzo!- odparła, klaszcząc małymi rączkami jak szalona. –Chodźmy na spacerek!- pisnęła po chwili, zrywając się na nóżki. Chwila, moment, a my wszyscy już podążaliśmy zwartą grupą za Olivką. Przechodząc obok jednego z domków, zobaczyłam przez okno Liama, który z wielkim zainteresowaniem oglądał Toy Story razem z Becky, która wydawała się równie pochłonięta filmem co on. Tak się na nich zagapiłam, że prawie bym wpadła na Louisa, który z czerwonym prześcieradłem na plecach i w białych kapciach w kształcie króliczych stóp, przebiegł mi przed nosem, warcząc jak samolot i niosąc na plecach rozradowaną Gwen, która krzyczała i piszczała z radości.
-Generale Królicza Łapko! Widzę stąd Królestwo Króliczków! Jego mieszkańcy są w niebezpieczeństwie! Zły Pan Wąsiaty napadł na nich!- krzyknęła, wskazując na jezioro, a Lou zrobił przerażoną minę.
-Nie lękaj się Księżniczko Gwen! Uratuję ich!- wrzasnął Tommo i popędził w stronę jeziora wydając z siebie odgłosy jakby z czegoś strzelał. Generale Królicza Łapko? Królestwo Króliczków? Zły Pan Wąsiaty? Nie ma co. Trafił swój na swego. Spojrzałam na Olive, która gadała jak najęta Benowi, który niósł ją na plecach o jej ulubionej bajce.
-…i wtedy BUM! Truskawkowe Ciasteczko wysadziło kuchnię!- pisnęła, a ja się uśmiechnęłam. To zadanie wcale nie jest takie trudne. Wystarczy się z nimi pobawić i już.
-NIEEE-E! ON JEST MÓJ! DAWAJ!- podskoczyłam, słysząc wrzaski małej dziewczynki. Spojrzałam w prawo i ujrzałam istny chaos. Zayn i Lilly stali na środku szarpiąc jakąś figurkę i kłócąc się o nią zawzięcie, a cała grupa niebieskich kręciła się wokół nie wiedząc co ze sobą zrobić.
-JA GO ZOBACZYŁEM PIERWSZY!- krzyknął Zayn, a ja wywróciłam tylko oczami.
-…no i Truskawkowe Ciasteczko… á propos! Zjadłabym coś!- jęknęła Olive, patrząc na mnie wielkimi oczami. Uśmiechnęłam się do niej i wzdrygnęłam ramionami.
-W sumie, ja też- stwierdziłam klepiąc się po brzuchu. Pewnie jakby to chłopacy usłyszeli to, by zaczęli się wielce dziwić i mówić coś w stylu „Charlie TY głodna? Niemożliwe!”. Ale, jak to się mówi, co z oczu to z serca. –Powinni coś mieć w stołówce- odparłam i całą grupą ruszyliśmy w kierunku wielkiej stodoły.

***

Właśnie przekroczyłam próg stołówki, gdy zobaczyłam zielonych tłoczących się przy jednym stole. A w samym środku siedział Niall, podkradając Mii jej kanapki.
-Hej! Tio moje! Źiostaf!- ryknęła Mia, a ja wytrzeszczyłam oczy. Zrozumiałam tylko „hej” i „moje”. Jeju. Przerąbane jest nie mieć tylu zębów. W tym trzonowców. Ale Niall nie wyglądał na zdziwionego. Przeciwnie. Wyglądał jakby zrozumiał co do słowa.
-Ale to ja je zrobiłem, więc to też mojie!- odparł blondas, a ja uniosłam brew. Towarzystwo sepleniącej 5-cio latki chyba mu nie służy. Horan pokręcił głową i szybko się poprawił. –Moje- mruknął, rumieniąc się i spoglądając ukradkiem na pewną śliczną dziewczynę o rudych włosach. Ah, ci zakochani… Ciekawe co teraz robi Harry. Uśmiechnęłam się pod nosem i odwróciłam do małej blondynki.
-Więc, co chcesz zjeść?
-Ciastka! Albo nie, czekoladę! Nie, tort! Albo, omleta! Wiem, dorsza po węgiersku w sosie cytrynowo-czosnkowo-ziołowym!- wykrzyknęła uradowana, oblizując usta. Ym, no dobrze. Jakoś to się załatwi. Uniosłam brwi i spojrzałam na Bena, który stał najbliżej. On tylko wzdrygnął ramionami i podrapał się po głowie. Posłałam pytające spojrzenie reszcie grupy, ale nikt nie wyglądał na takiego, który umiałby przyrządzić takiego dorsza po węgiersku w sosie cytrynowo-czosnkowo-ziołowym. Dobra. Okej. Zrozumiałam. Mamy problem. Ok. Może nie jestem najlepszym kucharzem, ale 5-cio latkę, chyba jakoś nakarmię. W końcu to nic trudnego, co nie? Uśmiechnęłam się, spojrzałam z nadzieją na Olive i zapytałam:
-A lubisz płatki z mlekiem?

***

Po tym jak Live zjadła calutką miskę owocowych płatków z mlekiem, (powiedziała, że nigdy nie jadła lepszych. Ha! Czyli jednak nie jestem totalnie do kitu jeśli chodzi o gotowanie!) stwierdziła, że zostawiła swoją ulubioną lalkę w jednym z domków. Zgłosiłam się na ochotnika, by po nią iść, a reszta stwierdziła, że pójdą nad jezioro ulepić trochę babek z piasku (czytaj: Olive stwierdziła, że pójdą nad jezioro i polepią trochę babek z piasku). Po upływie kilku minut szłam już w kierunku jeziora z Sophią w ręce. Gdy nagle usłyszałam znajome głosy.
-A dlaczego masz tyle tatułaży?- zapytała Hope rysując patykiem w piasku. Dokładnie tak powiedziała. Harry zaśmiał się cicho. Siedzieli samotnie pod ogromną wierzbą nad brzegiem jeziora. Wygląda na to, że byli sami. Różowi musieli się najwyraźniej gdzieś zapodziać. W oddali zobaczyłam tłum białych koszulek bawiących się piaskiem.
-Jakoś tak wyszło- odparł Styles, wzdrygając ramionami.
-A masz dziewczynę?- zapytała ponownie Hope, wciąż skupiając się na swoim rysunku. Zaciekawiona, zatrzymałam się na chwilę, nasłuchując.
-Eee, tak jakby- mruknął Harry, a Hope podniosła na chwilę główkę z brązowym kucykiem, a potem znowu wróciła do rysowania.
-A co to znaczy?
-No bo, niby jestem z Charlie, ale tak nie do końca. Wszyscy twierdzą, że jesteśmy razem i w ogóle, ale chyba tak nie jest. Bo chodzi głównie o to, co myślą ludzie i czego chcą ludzie. Paul, nasz manager, przyszedł do nas po tej całej aferze z całusem i powiedział, że mamy… eee, to skomplikowane- odparł Harry, widząc pytającą minę dziewczynki. Przez chwilę obaj milczeli, patrząc na zachodzące słońce.
-A kochasz ją?- zapytała, a Harry spojrzał na nią, zdumiony. Potem spojrzał przed siebie, milcząc przed chwilę. W końcu, uśmiechnął się pod nosem i ponownie spojrzał na Hope.
-Wiem, że to może trochę dziwne i, że zachowuje się jak frajer, ale sądzę, że…- a dalszą część jego wypowiedzi przerwał wrzask Olive.
-CHARLIE! CHODŹ SZYBKO! ZNALAZŁAM ROBALA! ZOBACZ JAKI DŁUUUUUUGI!!!!!- zamarłam, przerażona zamykając oczy i modląc się w duchu, by Harry się nie odwrócił. Proszę, nie odwracaj się. Proszę, nie odwracaj się. Proszę, nie odwracaj się. No co robisz! Nie słyszysz, jak cię proszę?! Uśmiechnęłam się niewinnie, czując jak te zielone ślepie przewiercają mnie na wylot.
-Charlie- odparł, zdziwiony, a ja spojrzałam na niego z pytającą miną. Jak gdyby nigdy nic. –Długo tu stoisz?- zapytał, nerwowo przygryzając wargę. Oj. Nie dobrze. Wiedziałam, że o to zapyta. Po prostu wiedziałam! Ale co ja teraz zrobię? Mam się przyznać i wyjść na podsłuchiwaczkę? Czy może raczej skłamać i udawać, że nic się nie stało? Tak, to chyba lepsze.
-Eeeeee, nieeeee- skłamałam, przeciągle, kręcąc głową, by podkreślić moje zaprzeczenie. Harry zmarszczył brwi. Ups. Chyba nie umiem kłamać. W każdym bądź razie kiedyś wychodziło mi to lepiej. Nie, wróć. Rano wcisnęłam kit Niallowi, że jak posmaruje się samoopalaczem, to na pewno poleci na niego Effie. Więc, czemu, CZEMU ja się pytam, nie umiem okłamać Harrego? Hę?
-A czy słyszałaś jak…
-Muszę iść! Olive mnie woła- przerwałam mu, wskazując na drugą stronę jeziora. –JUŻ IDĘ!- wrzasnęłam i, nie oglądając się, popędziłam ile sił w nogach do Olive. Byle jak najdalej od niego i jego przenikliwych spojrzeń i kłopotliwych pytań. Ale jedno nie przestaje mnie dręczyć. Co on chciał powiedzieć. Że mnie kocha? Czy może raczej nie? Wie ktoś? KTOKOLWIEK?!?!

***

-No i co?- rozległ się triumfalny głos Umbridge, która, jak Harry dopiero teraz się zorientował, stała kilka stopni niżej od niego, spoglądając z góry na swą zdobycz. –Pewnie uważacie za zabawne zamienienie szkolnego korytarza w bagno, co?
-Bardzo zabawne- odrzekł Fred, patrząc na nią bez śladu lęku.
Filch przepchnął się bliżej do Umbridge. Był blisko płaczu ze szczęścia.
-Mam formularz, pani dyrektor- powiedział ochrypniętym głosem, wymachując kawałkiem pergaminu, który wziął z jej biurka. –Mam formularz, a bicze już czekają… Och, niech mi pani dyrektor pozwoli zrobić to teraz…
-Dobrze, Argusie. Wy wdaj- tu spojrzała znowu na Freda i George’a- zaraz się dowiecie, co w mojej szkole robie się ze złoczyńcami.
-Ale Chaaaarlie, to jest nudne!- jęknęła Olive. Posłałam jej karcące spojrzenie i wróciłam do czytania.
-Taak?- powiedział Fred. –Chyba się nie dowiemy. –Odwrócił się do brata. –George, myślę, że wyrośliśmy już ze szkoły.
-Wiesz, to samo sobie pomyślałem- przyznał ochoczo George.
-CHARLIE!- westchnęła Olive. Kilka osób ją uciszyło. A reszta Białych siedziała w kółku przede mną i patrzyła na mnie wyczekująco.
-Cicho!- uciszył ją Ben. –Teraz będzie dobre!- wywróciłam oczami i wróciłam do czytania.
-Czas, by wypróbować nasze talenty w prawdziwym świecie, co?
-Masz świętą rację- zgodził się George.
I zanim Umbridge zdążyła powiedzieć słowo, unieśli różdżki i zawołali razem:
-Accio miotły!
Harry usłyszał gdzieś w oddali huk. Spojrzał w lewo i wychylił się w ostatniej chwili, bo miotły Freda i George’a- jedna wciąż wlokąc za sobą gruby łańcuch z żelaznym kółkiem na końcu- już mknęły ku swoim właścicielom. Śmignęły nad schodami i z łoskotem łańcucha zahamowały ostro przed bliźniakami.
-Już się nie zobaczymy!- pożegnał Umbridge Fred, przekładając nogę przez miotłę.
-Masz to jak w banku! I nie musisz do nas pisać!- dodał George, dosiadając swojej miotły. 
Fred spojrzał na milczący, obserwujący to wszystko w napięciu tłum uczniów i nauczycieli.
-Jeśli ktoś chciałby nabyć Kieszonkowe Bagno, którego demonstracja odbyła się na górze, zapraszamy na ulicę Pokątną numer dziewięćdziesiąt trzy! Czarodziejskie Dowcipy Weasleyów! Nasz nowy lokal!
-Specjalne zniżki dla tych uczniów Hogwartu, którzy przysięgną, że użyją naszych produktów w celu pozbycia się tego starego nietoperza- dodał George, wskazując na profesor Umbridge.
-ZATRZYMAĆ ICH!- wrzasnęła Umbridge.
Ale było za późno. Kiedy Brygada Inkwizycyjna ruszyła do ataku, Fred i George odbili się mocno od posadzki i wystrzelili na piętnaście stóp w powietrze. Żelazne kółko zakołysało się niebezpiecznie nad głowami. Fred spojrzał na poltergeista, balansując nad tłumem.
-Irytku, zrób jej piekło w naszym imieniu.
A Irytek, który chyba jeszcze nigdy nie usłuchał polecenia żadnego ucznia, zerwał z głowy swój kapelusz z dzwonkami i wyprężył się w salucie, podczas gdy Fred i George zatoczyli koło i wśród oklasków i wiwatów wylecieli przez otwarte drzwi wejściowe w bajecznie kolorowy zachód słońca.  
-Boże, jakie to nudne. Nie ma innej LEPSZEJ  książki?- zapytała Amity, ze znudzeniem patrząc na swoje krwistoczerwone paznokcie. Zamknęłam z hukiem książkę, przez co wzdrygnęła się część Białych, i odparłam z przekąsem:
-To może poczytamy Igrzyska Śmierci?
-Igrzyska czego?- zapytała, unosząc pytająco brwi. Pokręciłam zrezygnowana głową i odłożyłam książkę na łóżko.
-To co chcesz teraz robić?- zapytałam Oliwkę, zupełnie ignorując zdziwioną minę Amity.
-Porysować!- pisnęła i rzuciła się na gigantyczny piórnik z przyborami Matta i rozdając wszystkim białe kartki od drukarki. To pewnie się mu nie spodoba... Trudno. Z uśmiechem wzięłam kartkę od małej blondynki. Nie minęło pięć minut, a każdy był całkowicie skupiony na swojej kartce. Siedzieliśmy w zupełnej ciszy przerywanej jedynie krótkim „Podaj niebieską” albo „Gdzie klej?”. I nie minęło kolejne pięć sekund, gdy byliśmy cali obsypani brokatem. Pewnie zastanawiacie się jak to się stało. Po prostu, Ben zaczął bawić się  brokatem i niechcący go rozsypał. A zamiast odkurzacza wziął suszarkę. Taaa, chyba nie muszę mówić dalej?

***

Po kolacji pożegnaliśmy się z dziewczynkami. Nie obyło się bez łez, wycia i stękania. Najwięcej wył, stękał i płakał Louis. Ale to już nie ważne. Ale nadal jedno mnie zastanawia. Co powiedziała do mnie Mia? To brzmiało trochę jak „udław się psem”, ale mogłam się pomylić. Zdarza się. No nic. Muszę przyznać jedno, uśpiłam Olive perfekcyjnie. Zaśpiewałam jej piosenkę o Moście Londyńskim, który się wali i podziałało! Zasnęła bez problemu. Trochę żal mi się było z nią żegnać. Ale takie jest życie. Co zrobić.
-Boże, jak mnie bolą dłonie- jęknął Zayn, opadając na łóżko ze zwinnością trupa.
-Niby od czego? Ałaaa!- stęknął Liam, uderzając łokciem w ramę łóżka. Ua, chłopie. Musiało boleć.
-Cały dzień grałem z Lilly w łapki. Zadziwiające ile wymyślono rymowanek- mruknął, przecierając sobie oczy. Usiadłam w milczeniu przy stole i udałam, że jestem całkowicie pochłonięta lekturą Harrego Pottera i Insygniów Śmierci, zupełnie ignorując Harrego wciąż się we mnie wpatrującego.
-Cholibka, zjadłbym coś- podniosłam głowę, słysząc pierwsze słowo blondyna. Uśmiechnął się do mnie i poklepał po brzuchu. Czyli jednak mnie słuchał, gdy czytałam na głos Harrego Pottera!
-Idę z tobą Niall. Chyba zostawiłem na stołówce telefon- odparł Louis, podnosząc się ze swojego łóżka. –Hej, Liam, na stołówce jest wifi, idziesz?
-Jasne- mruknął Liaś, uradowany zakładając w pośpiechu buty. Wreszcie będzie mógł wejść na twittera i zrobić swoją twitcamrę. Po chwili cała trójka opuściła domek. Nie wiem, czy się nie przewidziałam, ale cała trójka miała dość dziwne miny. Mam nadzieję, że to tylko zmęczenie i mam omamy. Oby. No. Przynajmniej mam jeszcze Zayna. Bo gdybym została sam na sam w domku z Harrym, sytuacja mogłaby przybrać niebezpieczny obrót.
-Wiecie co?- mruknął Malik, siadając na łóżku. Spojrzałam na niego, błagając w duchu, by nas nie zostawiał samych. –Pójdę zadzwonić do W… do mamy- poprawił się szybko, wyciągnął telefon i wyparował z domku. Zostawiając mnie na pastwę Harrego. Supcio. Dzięki Zayn. Naprawdę, wielkie dzięki. Dlaczego mnie z nim zostawiłeś, co?! Bo zachciało ci się zadzwonić do Willow?! A co mnie to… dobra, wybaczam. W końcu to Willow. Kątem oka spojrzałam na Stylesa. Gapił się na mnie i wyglądał, jakby zastanawiał się, czy coś powiedzieć. Niech to szlag. Już otwierał usta, by coś powiedzieć, gdy nagle, zupełnie nad tym nie panując, wypaplałam:
-Niechcący usłyszałam jak rozmawiałeś z Hope nad jeziorem. Nie gniewaj się. Nie wiem czemu to zrobiłam. To było głupie. Już więcej tak nie zrobię. Obiecuję!- Harry wypuścił powietrze z płuc, patrząc na mnie z zaskoczoną miną.
-C-co?- wymamrotał, a ja nie zdążyłam nic więcej powiedzieć, bo ktoś zapukał do drzwi.
-Proszę- wymamrotałam, zaskoczona. Bo kto to mógł być o tej godzinie? Zaraz, która to… 19. Kto mógłby przyjść o tak późnej porze?... Momencik. Co ja gadam?
-Przesyłka dla panny Charlotte Cole- odparł Matt wręczając mi duży karton. Uniosłam brew, a on się tylko uśmiechnął i wyszedł. Od kogo to? Spojrzałam na karteczkę przyklejoną do wieka.
„Wszystkiego najlepszego smarku! Jesteś już prawie dorosła!
A to mały prezent. Przyda ci się. I to szybciej niż ci się wydaje.
Gaspachio pomagał mi ją wybrać, więc powinna ci się spodobać.
Paul :)
Przez chwilę gapiłam się otępiała na karton w zupełnym milczeniu. Co tu się do cholibki jasnej dzieje? Uniosłam wieko i odłożyłam je na stół,  jak najdłużej przeciągając tą chwilę. A potem zajrzałam do środka. Materiał. No cóż. Nie tego się spodziewałam. Skoro Gaspachio mu pomagał, to, to mogła być jakaś bluzka, kurtka, spódniczka, cokolwiek. Uniosłam brwi, gapiąc się, tym razem, na materiał.
-No wyciągnij ją- ponaglił mnie Harry, a ja nagle przypomniałam sobie o jego obecności. Spojrzałam na niego przelotnie, marszcząc brwi i wyciągnęłam to coś z kartonu. A moim oczom ukazała się…
-Na gacie Merlina!- pisnęłam uradowana, patrząc na wprost cudowną sukienkę. Harry parsknął śmiechem. 
-Gacie Merlina? Chyba trochę za dużo Harrego Pottera- stwierdził, a ja nawet na niego nie spojrzałam, pochłaniając wzrokiem tą cudowność.
-Harrego Pottera nigdy za wiele. Poza tym- mruknęłam. –po co mi ta kiecka? Przecież jesteśmy na obozie. W LESIE.
-No nie wiem…- odparł Harry wymijająco. –To może ją przymierzysz?
-Ja… Co? Nie…- nie zdążyłam nic więcej powiedzieć, bo wepchnął mnie do mojej sypialni z sukienką w ręce. Westchnęłam. No dobra, przymierze ją. Przynajmniej Harry na chwilę zapomniał o tym co powiedziałam zanim dostałam tę paczkę od Paula.
-A do naszej rozmowy wrócimy później!- usłyszałam zza drzwi jego głos. Cholibka. A już myślałam, że mi się upiekło. Wcisnęłam się w sukienkę i założyłam buty lepiej do niej pasujące niż niebieskie klapki. Nie zwlekając dłużej, wyszłam z sypialni, gdzie czekał już na mnie Harry. Na mój widok wstał z łóżka i otwarł usta, gapiąc się tępo. –Wyglądasz całkiem… zupełnie… normalnie… łał- wymamrotał, a ja wywróciłam oczami, uśmiechając się pod nosem. No co? Która dziewczyna, by się nie uśmiechnęła słysząc takie słowa z usta samego Harrego Stylesa, co? No właśnie. Nie ma takiej. Nagle przed domkiem usłyszałam jakieś hałasy. Zupełnie jakby wszyscy obozowicze zebrali się nagle pod naszym domkiem i puścili muzykę, urządzając swego rodzaju imprezę. Zmarszczyłam brwi, podeszłam do drzwi i otwarłam je. A tam zastałam niezły bajzel.

_______________________________________________________________________

*Behemoty- wielkie, włochate potwory o długich szponach i krótkich nóżka. Można jest spotkać w jakże wspaniałej grze: Heroes of Might and Magic IV. Gorąco polecam.
Bardzo przepraszam, że przez wieki nie dodałam rozdziału, ale na głowie (i w głowie) miałam trochę inne sprawy. Jak na przykład pewnego nastolatka z blizną na czole w kształcie błyskawicy. Wiecie o kim mowa? Mam nadzieję.
No, przepraszam jeszcze raz. Ale jako wynagrodzenie macie kolosalną długość tego rozdziału. 30 stron 16 w Wordzie. Rozumiecie? 30!
I mam do was małą prośbę. Mogłybyście wpaść TUTAJ? Byłabym wdzięczna. Jagoda dopiero zaczyna z tym blogiem, a pisze serio fajnie. 
Także ten. Pa i w ogóle.
Do następnego!