wtorek, 26 lutego 2013

Rozdział 15


**Rozdział 15**


-Ja to bym zjadł tosta- stwierdził Zayn klepiąc się po brzuchu.
-Ja też- odparłam bawiąc się jego włosami, przez co on o dziwo się nie wkurzał. Kiedy tylko uporaliśmy się z zakupami, dziwnym trafem wszyscy znaleźli się w moim pokoju. Louis, Liam i Harry siedzieli na podłodze przed łóżkiem i grali w karty. Zayn leżał na łóżku opierając głowę o moje nogi, a Niall siedział obok mnie brzdąkając na gitarze.
-Więc, chodźmy je zrobić- mruknął mulat z zamkniętymi oczami.
-Więc ze mnie wstań- podsunęłam.
-Mhm- zamruczał nie otwierając oczu. Uniosłam brwi i spojrzałam znacząco na Nialla. Chłopak pojął o co mi chodzi i szarpnął strunę przez co przez cały pokój przeszedł wkurzający dźwięk, a Malik zerwał się z łóżka z grymasem na twarzy. –Już wstaję no. Nie trzeba od razu niszczyć mi bębenków- mruknął gramoląc się z łóżka. Wywróciłam oczami i uśmiechnęłam się szeroko do Horanka. –No misiek idziesz, czy nie?- westchnął Malik stając w progu. Tsa, on też mówi na mnie w swój sposób. Zresztą, każdy z zespołu już sobie coś wymyślił.
-No, kwiatuszku, rusz się, bo mam ochotę na tosty- odparł Hazza szczerząc się w moim kierunku. Tja, kochany pan Styles mówi do mnie per „kwiatuszku”. 
-To rusz dupę i sobie zrób zboku- mruknęłam nawet nie zaszczycając go spojrzeniem.
-Nie jestem zbokiem!- fuknął Hazza.
-Taaa, a Mała nie jest Małą- odparł Lou wywracając oczami. Tutaj chyba wszystko jest jasne.
-Widzisz? Nawet Duży się ze mną zgadza- powiedziałam klepiąc Lou po ramieniu. Styles napuszył się i walną focha. Liam spojrzał na niego kręcąc głową.
-Idź już lepiej Młoda, zanim Hazza jeszcze bardziej się wkurzy- odparł Liam uśmiechając się do mnie. Młoda. Czy ci ludzie nie mogą mówić do mnie po imieniu? To aż takie trudne, czy co? Chociaż zważając na ich iloraz inteligencji zaczynam się coraz mniej dziwić.
-Jasne- odparłam z uśmieszkiem na ustach zerkając na Harrego.
-No na reszcie!- jęknął Zayn. –Kocham cię miśku, ale czasem jesteś strasznie wolna- stwierdził i pociągnął mnie na dół.

***

-Było pyszne- stwierdziłam odsuwając od siebie talerzyk.
-Mhm- przytaknął Malik z pełną buzią. Zaśmiałam się i rozejrzałam po kuchni. Wszędzie leżały porozrzucane naczynia, przypalony ser, skorupki od jajek, odrobinę ketchupu i jakiejś lepkiej, podejrzanej mazi.
-Trochę tu brudno- zauważyłam.
-No- odparł Malik bez większego przekonania podnosząc kawałek szynki z indyka ze stołu i przyglądając się jej bacznie.
-A może byśmy to sprzątnęli?- zapytałam.
-Nie
-To, kto to zrobi?
-Zwalimy to na Lou- mruknął Zayn wzdrygając ramionami i rzucając kawałek szynki na talerz. –W końcu od czego są kumple- dodał uśmiechając się. Pokręciłam głową ze śmiechem i patrzyłam przez chwilę jak Zayn rozsiada się na kanapie i zaczyna coś rysować. Wzdrygnęłam ramionami i wróciłam po kilka ostatnich tostów do kuchni.
-Niall!!!- krzyknęłam.
-Już pędzę słońce!- zawył Horan i zbiegł ze schodów uśmiechając się.
-Smacznego- wręczyłam mu talerz i usiadłam obok Zayna. Blondynek przez chwilę zerkał to na mnie, to na tosty na talerzu. Jednak po chwili wzdrygnął ramionami.
-Dzięki- uśmiechnął się i wszedł do kuchni. Spojrzałam porozumiewawczo na Malika. Trzy, dwa jeden. –Co tam zdechło?!- pisnął Horan z przerażoną miną wychodząc z kuchni.
-Nasza chęć do sprzątania- odarł Malik nie odrywając wzroku od kartki.
-Nie wnikam- mruknął Niall i rozsiadł się na fotelu pochłaniając tosty. Zaśmiałam się i wbiłam zaciekawione spojrzenie w białą kartkę, na której Malik zaczął coś rysować. Coś, lub raczej kogoś. Zmarszczyłam zamyślona brwi widząc jak rysuje burzę loków, duże oczy i mały, zgrabny nosek.
-Zayn- zagadnęłam go.
-Hmmm?- zamruczał nie odrywając oczu od kartki.
-Kogo rysujesz?
-Zobaczysz
-Kiedy?
-Niedługo
-Czyli?
-Nie wiem
-Dokładniej?
-Nie wiem
-Musisz wiedzieć
-Nie 
-Tak 
-Nie
-Tak
-Nie
-Kiedy skończysz?
-Nie wiem
-Jak to nie wiesz?!
-Normalnie
-Zayn
-Co?
-Kogo rysujesz?!
-Już ci mówiłem, że zobaczysz
-No, ale…
-Zobaczysz- mruknął Malik patrząc na mnie i przerywając moją wypowiedź.
-Jak chcesz- fuknęłam krzyżując ręce pod biustem. Niall zaśmiał się pod nosem, poklepał mnie po ramieniu i poszedł na górę. Westchnęłam i wbiłam wzrok w dywan. Ponownie westchnęłam i spojrzałam na zegarek. Super. Przez ostatnie parę minut minęło 30 sekund. Jeeezu. –To kiedy jedziemy na ten letni obóz?- zapytałam patrząc na Malika, mając dosyć ciszy przerywanej jedynie cichym tykaniem zegara.
-Ostatniego tygodnia czerwca, gdy tylko skończysz szkołę- odparł niezmiennie nie odrywając wzroku od kartki.
-Mhm- mruknęłam, a potem zamilkłam na kilka długich chwil, które okazały się tylko kilkoma sekundami. –Jak myślisz, jak tam będzie?
-Nie mam pojęcia. Na pewno nie będziemy się nudzić. Ponoć mamy brać czynny udział w zajęciach. Nie wszystkich co prawda, ale w większości
-Jasne- mruknęłam przenosząc wzrok na wskazówki zegara. Wolniej nie można? –Ciekawe co za ludzie tam będą- odparłam ponownie przenosząc wzrok na Zayna.
-Mnie też to ciekawi misiek- przyznał. –Na pewno będą uzdolnieni muzycznie. Innych tam nie przyjmują
-Oczywiście- mruknęłam wywracając oczami. Sekundy mijały, zegar tykał, a Zayn wciąż rysował. Westchnęłam i ponownie spojrzałam na zegar. Tik tak, tik tak, tik tak, tik tak… -No Zayn zlituj się! To czekanie mnie wykańcza!- jęknęłam patrząc błagalnie na mulata. Ten tylko się zaśmiał. –Boże, co za człowiek- mruknęłam siadając prosto i krzyżując ręce pod biustem z markotną miną.
-Możecie się radować, bo jestem!- krzyknął Harry schodząc na dół.
-O Jezu, znowu się zaczyna- mruknęłam wywracając oczami.
-Kwiatuszku, a ty co taka markotna?- zapytał sadzając swoją grubą dupę, na którą swoją drogą lecą miliony nastolatek na całym świecie, obok mnie.
-Nie. Mów. Do. Mnie. Kwiatuszku- wycedziłam przez zęby nie zaszczycając go spojrzeniem.
-Oj kwiatuszku, uśmiechnij się!- Styles objął mnie ramieniem i przygarnął do siebie szczerząc się.
-Jeszcze raz powiesz do mnie „kwiatuszku”, to ci coś zrobię- fuknęłam patrząc na niego gniewnie.
-Seeerio? Co na przykład?
-Zdzielę cię w ten twój durny łeb. Patelnią. Z rozbiegu
-Jakoś mnie to zbytnio nie przekonuje- stwierdził z zamyśloną miną. –Kwiatuszku- dodał szczerząc się. 
-Ty wredny, zboczony cwelu! Jak śmiesz!- warknęłam obdarzając go wściekłym spojrzeniem.
-Nie jestem zboczony!- zaprzeczył od razu.
-A świnie latają!- prychnęłam. Mierzyliśmy się przez chwilę wkurzonymi spojrzeniami i wyglądaliśmy jakbyśmy chcieli rzucić się sobie do gardeł. Jednak po chwili wybuchnęliśmy śmiechem. Malik skomentował to tylko westchnięciem i pokręceniem głową.
-Uwielbiam te nasze kłótnie- westchnął Harry przytulając mnie.
-Ja też cwelu- odparłam opierając głowę na jego ramieniu. Lokres słysząc ostatnie słowo spojrzał na mnie unosząc brew. –To znaczy, mój kochany Haroldzie- poprawiłam szczerząc się. Styles wywrócił oczami i przytulił mnie mocniej.
-Już- odparł Zayn uśmiechając się.
-Co „już”?- zapytałam.
-Skończyłem
-Ale co?- uniosłam brwi. Zayn westchnął i wskazał na rysunek. –Dawaj- odparłam uśmiechając się i wzięłam kartkę z rysunkiem od chłopaka. Tak jak myślałam jakaś dziewczyna. Szczupła, z burzą loków na głowie, ogromnymi oczami, małym, zgrabnym noskiem i sarkastycznym uśmieszkiem ukazującym równe zęby. Kto to może być? Nie mam zielonego pojęcia. Jeszcze nie widziałam takiej dziewczyny. Wydaje się być znajoma, ale jakoś jej nie kojarzę za specjalnie. –Dobra poddaje się. Kto to jest?- zapytałam podnosząc wzrok na Zayna.
-No… ty- odparł patrząc na mnie.
-Jak to ja?- zapytałam przenosząc wzrok na rysunek. Harry oparł brodę na moim ramieniu i oblukał rysunek.
-To jesteś stuprocentowa ty- odparł.
-No, ale jakim cudem?- wydukałam zdziwiona.
-Cześć, co robicie?- zapytał Lou siadając obok Harrego. Tommo widząc, że trzymam rysunek w rękach schylił się i mu przyjrzał. –Niezła Charlie, Zayn- pochwalił włączając telewizor.
-Dzięki- odparł Malik uśmiechając się szeroko. Uniosłam brwi i spojrzałam na Tomma, a potem na rysunek.
-No dobra. Może to ja. Jest nawet odrobinę podobna- stwierdziłam.
-Odrobinę?- pisnął Styles. –Toż to ty z krwi i kości!- wskazał na kartkę. Wywróciłam oczami i z westchnieniem patrzyłam na jakąś durną, argentyńską telenowele, w której ojciec Michelle okazał się bratem przyrodnim jej matki, ojca, prababki Pabla. Boże, co to za gówno. Jak oni mogą to w ogóle oglądać? Westchnęłam i spojrzałam na chłopaków. Patrzyli z wielkim przejęciem w telewizor śledząc każdy ruch Michelle biegnącej przez dziedziniec z łopatą w ręce. Uniosłam brwi i patrzyłam jak główna bohaterka zakopuje ciało kota swojej przyrodniej ciotki, jej brata matki ciotecznej.

***

„-Nie Pablo! Nie rób tego!- pisnęła Michelle.
-Muszę to zrobić, Michelle- westchnął Pablo gładząc ją po policzku.
-Dlaczego? Pablo Dlaczego?- zapytała drżącymi rękoma obejmując jego twarz.
-Bo cię kocham Michelle- odparł i złożył pocałunek na jej gorących ustach. Po chwili słychać było strzał i sztywne ciało Pabla opadło na ziemię z hukiem.
-Nieeeee!- krzyknęła Michelle i zalana łzami klęknęła przy martwym ciele jej kochanka. –Kto mógł to zrobić?- zaszlochała.
-Ja!- krzyknął złowieszczy głos i z cienia wyłonił się… nieżyjący kot jej przyrodniej ciotki, brata matki ciotecznej!  Po chwili pojawiły się napisy końcowe i odcinek się skończył”
Rozdziawiłam usta ze zdziwienia i przez chwilę słuchałam płaczu chłopaków patrząc na napisy końcowe.
-Tylko nie Paaaablo!- jęknął Lou pociągając nosem.
-On ją tak bardzo kochał, a ten głupi kot wszystko zepsuł!- fuknął oburzony Zayn. –Giń kanalio!- krzyknął rzucając w ekran popcornem.
-Jak mi żal Michelle! On chciał się jej oświadczyć! Tak mało brakowaaaało!- przeciągnął Hazza i się rozbeczał. Pacnęłam się w czoło.
-Mi jest tylko żal ludzi, którzy muszą to oglądać- mruknęłam, a chłopacy spojrzeli na mnie dziwnie. –Gadający kot, który zmartwychwstał i zabił faceta bronią, która jest od niego większa. Serio?- uniosłam brew, a chłopacy tylko wzdrygnęli ramionami. –Potrzebuje spaceru- stwierdziłam z zamkniętymi oczami masując pulsujące skronie.
-Jest już późno i ciemno- zauważył Lou.
-Dlatego jeden z was pójdzie ze mną- odparłam. –Zayn- mruknęłam patrząc znacząco na chłopaka.
-No dobra- zgodził się. –I tak nie mam nic innego do roboty- odparł wzdrygając ramionami i wstał z kanapy. Lou i Harry przytulili się do siebie oglądając telewizję i pochłaniając ciasteczka Nialla. Blondynek kiedy się o tym dowie nie będzie zadowolony. Ale to już nie mój problem. Założyłam trampki i kurtkę i razem z Zaynem wyszliśmy z domu. Kiedy tylko przestąpiliśmy próg, Malik wyciągnął to paskudztwo i je zapalił. Czując specyficzny zapach, wykrzywiłam się.
-Nie lubię kiedy palisz- odparłam patrząc na chłopaka. Ten westchnął i zgasił papierosa.
-Zadowolona?
-Teraz tak- odparłam przytulając go. Przeszliśmy parę metrów w ciszy patrząc przed siebie w mrok. –Zayn, jak się trzymasz?- zapytałam, a zdziwiony chłopak uniósł brwi. –Po stracie Perrie- wyjaśniłam. Zayn westchnął i spojrzał na mnie uśmiechając się lekko.
-Nie jest źle, ale bywało lepiej
-Jak myślisz, kiedy spotkasz Tę Jedyną?- zapytałam, a chłopak się zaśmiał. 
-Nie mam pojęcia. Miłość jest nieprzewidywalna. Nigdy nie wiesz gdzie i kiedy cię dopadnie…- zapewne chciał powiedzieć coś jeszcze, ale przerwał patrząc z otwartymi ustami na niedaleką ławkę. Uniosłam brwi i spojrzałam w tamtym kierunku. Uśmiechnęłam się pod nosem kiedy ujrzałam samotną dziewczynę, która siedziała zamyślona na ławce nucąc coś pod nosem. Wyglądała na wysoką i szczupłą. Miała długie, proste, brązowy włosy, które wystawały spod kaptura, święcące, niebieskie oczy, zgrabny nosek i średnich rozmiarów usta wygięte w delikatnym uśmiechu.
-Zagadaj do niej-  odparłam szturchając chłopaka w ramię i uśmiechając się.
-Nie ma mowy- odparł nie przestając patrzeć na dziewczynę.
-Niby dlaczego?
-Bo nie
-Ale Zayn!
-Nie
-Nie bądź cham! Przecież widzę, że ci się spodobała!
-Nie i tyle. Koniec tematu- mruknął chłopak. Westchnęłam i niezadowolona skrzyżowałam ręce pod biustem.
-Głupek- skwitowałam.
-Niby dlaczego? Bo nie zagadałem do tej dziewczyny?- zapytał unosząc brew.
-Między innymi- mruknęłam.
-Co masz na myśli?
-To, że dostałeś szansę od losu, a ty tak po prostu ją zaprzepaściłeś!
-Ale o co ci chodzi?!- zapytał. –Po prostu popatrzyłem przez chwilę na tę dziewczynę i tyle!
-Jasne- mruknęłam bez przekonania wywracając oczami. –No bo na każdą dziewczynę patrzysz z takim wyrazem twarzy!- rzuciłam sarkastycznie i ruszyłam przez siebie z niezadowoloną miną.
-Co masz na myśli?- zapytał Zayn starając się dorównać mi kroku.
-Centralnie się na nią gapiłeś. Do tego otwarłeś usta i miałeś wyraz twarzy jakbyś zobaczył anioła- mruknęłam przystając. -Byłeś nią totalnie zafascynowany i uśmiechałeś się delikatnie pod nosem
-Bo tak było, zobaczyłem anioła- odparł patrząc niewidzący wzrokiem w jeden punkt, nie za bardzo świadom delikatnego uśmiechu na ustach.
-Co mówiłeś?- uniosłam brew.
-Emm…- wybąkał chłopak patrząc na mnie ze zmieszaną miną. –Nic takiego- odparł drapiąc się po głowie i specjalnie unikając mojego wzroku.
-Zagadaj do niej
-Nie
-Dlaczego?
-Bo nie
-Jeśli ty tego nie zrobisz, to ja zrobię to za ciebie- mruknęłam. Chłopak przez chwilę patrzył na mnie badawczo jakby chciał się upewnić, czy jestem do tego zdolna.
-Nie odważysz się- mruknął nie spuszczając ze mnie badawczego spojrzenia.
-Doprawdy?- zapytałam unosząc brew i nie czekając na dalsze słowa mulata, ruszyłam przed siebie, lub raczej, w kierunku pewnej ławeczki, na której zupełnie przypadkowo siedziała pewna zupełnie przypadkowa dziewczyna.
-Charlie! Charlie! Misiek no!- krzyczał Zayn starając się mnie zatrzymać, ale ja niewzruszona kroczyłam przed siebie z uśmiechem na ustach. Zatrzymałam się dopiero kiedy stałam przed dziewczyną. Ona zdziwiona podniosła na mnie wzrok i uśmiechnęła się niepewnie.
-Hej- przywitałam się nie mogąc powstrzymać pewnego odruchu, przez który w moich policzkach powstały dołeczki.
-Cześć- odparła dziewczyna przyglądając się mi badawczo.
-Jestem Charlie- przedstawiłam się.
-Willow- mruknęła dziewczyna z niepewną miną. W świetle niedalekiej latarni mogłam się jej lepiej przyjrzeć. Z bliska była jeszcze ładniejsza. Już wiem dlaczego Zayn tak się na nią gapił. Jej oczy były, duże, radosne, cudownie niebieskie i strasznie świecące. Dziewczyna miała zgrabny nosek, duże, zgrabne usta i delikatne, ciemne brwi.
-Uznałam, że wieczór to dobra pora na spacer, więc tutaj przyszłam- odparłam z uśmiechem wymalowanym na twarzy.
-Sama? O tej porze?- zapytała Willow unosząc zdziwiona brwi.
-Nie do końca- odparłam uśmiechając się szerzej i widząc jej pytający wyraz twarzy. –Bo widzisz, mam szesnaście lat i przejawiłabym czystą głupotę i nieodpowiedzialność wybierając się na samotny spacer do parku o tej porze- wyjaśniłam nie chcąc od razu przechodzić do sedna. –Dlatego przyszłam tu z Zaynem- dodałam wzruszając ramionami.
-Zaynem?- zapytała Willow marszcząc brwi przez co na jej czole powstała bruzda.
-Tak, z Zaynem- odparłam. –Tam stoi-  mruknęłam odsuwając się kawałek i wskazując na przyglądającego się nam mulata. Willow przeniosła ciekawe spojrzenie ze mnie na chłopaka. Ten chciał uciec, ale widząc, że nie ma odwrotu, zaczął się wolno zbliżać w naszym kierunku. Ukradkiem spojrzałam na Willow przybierając niewinny wyraz twarzy. Dziewczyna patrzyła na chłopaka dużymi oczami. Wyraźnie wywarł na niej wrażenie. Willow nie mogła oderwać od Zayna wzroku. Nie mogąc już dłużej wytrzymać ukazałam zęby w szerokim uśmiechu.
-Cześć- wybąkał zmieszany Malik kiedy w końcu do nas podszedł. Ten idiota oczywiście nie patrzył na Willow tylko posyłał mi złowrogie spojrzenia, albo wlepiał wzrok w pobliskie drzewo, na którym siedziała wiewiórka drapiąca się po tyłku. No naprawdę, ekscytujący widok.
-Cześć- przywitała go Willow ciągle się mu przyglądając.
-Zayn to Willow, Willow to Zayn- przedstawiłam ich. Malik jednak wciąż unikał wzroku dziewczyny. -PoPATRZ Zayn, ładną mamy pogodę tego wieczoru. I niebo jakie piękne. Aż chce się na nie ciągle patrzeć i patrzeć. JEJku, trochę zimno. Ale to nic. Kiedy przyjdziemy do domu ogrzejemy się W cieplutkich kocach. Aż OCZY same mi się zamykają na tę myśl- odparłam celowo podkreślając pewne słowa. Malik spojrzał na mnie z pytającą miną. –Patrz… jej… w… oczy!- mruczałam pomiędzy kolejnymi wybuchami nagłego kaszlu.
-Co?- zapytał bezgłośnie Malik. Pacnęłam się w czoło.
-Patrz jej w oczy baranie!- mruknęłam łapiąc go za podbródek i przeciągając jego twarz tak, by w końcu spojrzał na Willow. Uśmiechnęłam się szeroko widząc jak Willow rumieni się delikatnie i na chwileczkę odwraca wzrok, jednak po chwili znowu patrzy prosto w czekoladowe oczy Malika. Chłopak natomiast, chłoną ją spojrzeniem uśmiechając się szelmowsko pod nosem. 
-Masz bardzo ładne imię- odparł Zayn nawet na chwilę nie przestając się uśmiechać i nie spuszczając z niej oczu.
-Dziękuję- wybąkała Willow uśmiechając się nieśmiało, jednak ciągle patrzyła jak zahipnotyzowana w te czekoladowe oczy. Jestem genialna, jestem genialna, jestem genialna, jestem genialna! Chcąc uczcić swój geniusz, chciałam przybić z kimś piątkę, jednak nikogo nie znalazłam, a Willow i Zayn byli zajęci sobą. Westchnęłam cichutko i sama sobie przybiłam piątkę.
-Co robisz w parku o tej porze?- zapytał chłopak.
-Nogi same mnie tu zaciągnęły… Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale coś kazało mi tu przyjść- odparła Willow spuszczając głowę i delikatnie się rumieniąc.
-Wcale nie, to nie brzmi dziwnie- zapewnił Zayn siadając obok niej. Dziewczyna podniosła na niego wzrok uśmiechając się uroczo. –Szczerze mówiąc miałem tak samo- szepnął do niej. Willow zachichotała wesoło i na kolejną długą chwilę zatonęła w oczach mulata. Westchnęłam wiedząc, że najlepiej będzie jak sobie pójdę.
-Ja już wrócę do domu. Trochę tu zimno, ciemno, późno, zimno… i w ogóle- odparłam patrząc na nieodrywającą od siebie oczu parę.
-Mhm- mruknęli nie zaszczycając mnie spojrzeniem. Wywróciłam oczami i ruszyłam w kierunku domu.
-Zaczekaj!- krzyknął nagle Zayn. Zatrzymałam się i spojrzałam na niego. –Może cię odprowadzić? Nie puszcze cię samej!
-Nie trzeba. Zaraz zadzwonię do Nialla, albo kogoś i po mnie przyjdzie!- odkrzyknęłam. Zayn uniósł kciuk i wgłębił się w rozmowę z Willow. Westchnęłam i ruszyłam przed siebie wyciągając telefon z kieszeni. Właśnie wybierałam numer do Nialla, gdy w pobliskich krzakach coś się poruszyło. Co to może być? Przystanęłam na chwilę przyglądając się bacznie krzakowi. Może to jakiś gwałciciel albo zabójca? Albo gorzej, gwałciciel- zabójca! Przełknęłam ślinę z zapartym tchem obserwując ruszające się krzaki. Po chwili przestały się ruszać, a ja przyspieszając kroku i skierowałam się do domu. Cokolwiek to było, poszło sobie. W każdym bądź razie taką mam nadzieję. Właśnie wybierałam numer kochanego blondaska, gdy usłyszałam za sobą kroki. Zamarłam, jednak nie zwolniłam. Dyskretnie przeszukałam kieszenie w poszukiwaniu jakiegoś gazu łzawiącego, scyzoryka, patelni, cokolwiek. Nic. No to super. Jestem już trupem. Ten psychol idący za mną od jakiejś dłuższej chwili na pewno mnie zgwałci, zabije i moje zwłoki zakopie w lesie, niedaleko szczątek psa leśniczego. Miodzio. A może to zwykły człowiek, który wybrał się na spacer wieczorem? No dobra, późnym ciemnym i zimnym wieczorem, ale jednak. Wzięłam drżący oddech i przyspieszyłam kroku. Zakapturzona postać również. Zwolniłam- on też. Zakręciłam za najbliższym drzewem- on też. Dobra, on mnie śledzi. Jednak będę trupem. Co robić, co robić, co robić?! Dobra, uspokój się Charlie. Tylko spokojnie. Nie możesz zacząć wrzeszczeć i uciekać, bo ten typek, który cię śledzi pobiegnie za tobą, zaciągnie w krzaki i… i zrobi coś niedobrego. Oddychaj. Spokojnie. Uspokój się. Wdech, wydech, wdech, wydech. Wszystko w porządku, nic się nie dzieję. Idziesz sobie późną porą samotnie przez park, twój przyjaciel został daleko w tyle i zagaduje jakąś dziewczynę i na pewno nie usłyszy gdy będziesz krzyczeć. Jakiś zamaskowany typek cie śledzi, ty jesteś sama jak palec, ale wszystko jest okay. Taaak, za chwile mój różowy jednorożec przyleci tutaj i razem odlecimy do magicznego świata wróżek. Drżącym palcem nacisnęłam zieloną słuchawkę. Niall odbierz, Niall odbierz, Niall odbierz! Człowieku gdzie ty masz telefon?! Niall nie odbierał, a koleś za mną odrobinę przyspieszył. Niall, jak cię tylko zobaczę to skopie ten twój kościsty tyłek! Zaraz… jeśli ja ciebie W OGÓLE zobaczę. Tylko nie panikuj, Charlie. Zachowuj się naturalnie. Pełen luz. W końcu blondasek łaskawie odebrał.
-Halo?- zapytał, a w tle słychać było wrzaski Lou. Pewnie Lou znowu coś podpalił, a chłopacy latają po domu z gaśnicami. Standard.
-Niall, ratuj! Jestem sama w parku, bo Zayn musiał zostać z Willow, a jakiś typek mnie śledzi!- szepnęłam do słuchawki.
-Jasne, spoko- mruknął chłopak. Wywróciłam oczami. Trzy, dwa, jeden. –Zaraz co?! Kto to Willow?! Kto cię śledzi?!- pisnął.
-Bo widzisz…- zaczęłam, ale urwałam słysząc w słuchawce… właściwie nic nie słysząc co jest raczej dziwne, bo przecież chłopacy nagle nie przestaliby wrzeszczeć. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na telefon. Dziwne. Nie znam się zbytnio na telefonach, ale moim zdaniem kiedy z kimś rozmawiam, ekran powinien się świecić. Dobra, ten kloc się rozładował. Trzeba było go jednak naładować. Tsaaa. A teraz zginę! Ja nie chcę umierać! Jestem za młoda by umrzeć zgwałcona w krzakach przez jakiegoś typa!
-Hej, zaczekaj!- krzyknął koleś kiedy prawie biegłam. Nie no, teraz to już w ogóle super. Powiedzcie chłopakom, że ich kochałam, a Hazzie, że urządzę mu niezłe paranormal activity za zjedzenie mojego batona. –Stój!- krzyknął koleś. Dobra, nie zamierzam czekać. Ruszyłam biegiem przed siebie na zbicie karku. No, ale cóż. Dzięki mojemu cudownemu szczęściu, już po kilku sekundach leżałam na ziemi jęcząc z bólu. Głupie korzenie. –Nic ci nie jest?- zapytał typek kucając przy mnie. Co go to kurwa obchodzi?! Jeśli chce mnie zgwałcić i zabić, to chyba nie powinno go obchodzić czy złamałam sobie nogę czy nie. Wrzasnęłam starając się podnieść z ziemi, jednak na marne. Ten typek przytrzymał mnie i nie wyglądał jakby chciał puścić.
-Zostaw mnie zboczeńcu!- krzyknęłam starając się mu wyrwać.
-O czym ty gadasz? Jaki zboczeniec?- zapytał zdziwiony.
-Nie udawaj, że nie wiesz- fuknęłam podnosząc na niego wzrok. Nagle oniemiałam.

___________________________________________________________________

Srata- tata, bum sałata. Jak Wam się podobało? Mam nadzieję, że bardzo. Jak pewnie zdążyłyście zauważyć pojawiła się nowa postać, dlatego zachęcam do zaglądania do zakładki "BOHATEROWIE". I jak myślicie, kto śledził Charlie? Jakiś gwałciciel, zabójca, może gwałcicielo- zabójca? Hmmm? Dajcie odpowiedzi w komentarzach.
To tyle.
Polecam się na przyszłość

wtorek, 19 lutego 2013

Rozdział 14


**Rozdział 14**


Wpadłam do domu jak burza spodziewając się najgorszego. W pośpiechu zdjęłam buty i wbiegłam do salonu. Pusto. Kuchnia- pusto. Sprawdziłam też wszystkie łazienki, ale nie zastałam tam żywej duszy. Uniosłam brwi i sprawdziłam po kolei każdy pokój. Odetchnęłam kiedy znalazłam śpiącego Lou w swoim pokoju. Uśmiechnęłam się pod nosem i poszłam do swojego pokoju. Usiadłam na łóżku wzdychając. Sięgnęłam po książkę w tym samym czasie, gdy zadzwonił mój telefon.
-Co jest zboku?- mruknęłam odbierając.
-Nie jestem zbokiem!- fuknął Styles.
-Mhm, a ja nie jestem wkurzającą szesnastolatką- mruknęłam wywracając oczami.
-Co z Lou?- zapytał zatroskany.
-Wszystko w porządku. Teraz śpi u siebie- odparłam.
-To dobrze
-No
-Na pewno z nim wszystko dobrze?
-No
-Ale na sto procent?
-No
-Jeszcze raz powiesz „no”, to ci coś zrobię!
-No
-CHARLIE!!!
-Musze kończyć, narazie!- odparłam i rozłączyłam się zanim Styles zdążył coś powiedzieć. Rzuciłam I’phona na łóżko i sięgnęłam po książkę. Zmarszczyłam brwi i przerzuciłam kilka kartek. Znam tą opowieść praktycznie na pamięć. Spojrzałam na brązową okładkę z białą różą. „Piękna i Bestia”. Gdy byłam mała, wprost za nią szalałam. Może dlatego, że mama ją napisała i zawsze czytała mi ją przed snem? Spojrzałam przed siebie z zamyśloną miną. To mogłoby być bardzo… głupi żołądek. Znowu domaga się jedzenia. Wracając. To mogłoby być bardzo… ah, znowu. Jakie to wkurzające. Już wiem dlaczego Niall chodzi taki wkurzony, gdy jest głodny. Wróćmy do poprzedniej myśli. To mogłoby być bardzo praw… no dobra! Poddaje się. Pójdę coś zjeść. Wzdychając zeskoczyłam z łóżka i skierowałam się do kuchni. A co do książki. To, że tak ją uwielbiałam, bo mama ją napisała i zawsze czytała mi ją przed snem, może być bardzo prawdopodobne.

***

Po żmudnych poszukiwaniach nie znalazłam nic co mogłoby mnie zadowolić. Przeszukałam wszystkie szafki, a znalazłam tylko kilka konserw, w tym jajko w proszku (wolę nie wiedzieć skąd to mamy w domu) i jakąś tonę marchewek Lou. Hmm, pomyślmy. Louis śpi, więc może nie zauważy, że zjadłam jedną marchewkę. Najciszej jak tylko mogłam zakradłam się do tajnego schowka Lou (o którym wiedzą wszyscy, więc nie jest tajny. Lou jednak nic o tym nie wie i nadal sądzi, że jego tajny schowek jest tajny) i wyciągnęłam jedną marchew. Swoją drogą schowek za warzywami w puszcze to nie taki głupi pomysł. W końcu kto chciałby jeść brokuły z puszki? Fu. Ściskając pomarańczowe warzywo, odwróciłam się na pięcie by jak najszybciej zbiec z miejsca zbrodni, lecz moje plany zostały pokrzyżowane. Mianowicie, wpadłam na kogoś. Z przerażeniem wymalowanym na twarzy, uniosłam głowę w górę i ujrzałam uśmiechnięte mordki chłopaków. Odetchnęłam kiedy nie zobaczyłam Lou.
-Mogę wiedzieć, co robisz z marchewką Lou?- zapytał Zayn unosząc brew.
-Głodny jestem- jęknął Niall i podszedł do lodówki po czym w niej zanurkował. –Pusto. A ja głodny jestem. Niech ktoś pojedzie po coś do jedzenia- mruknął blondas. Chłopacy machnęli na niego ręką i ponownie spojrzeli na mnie.
-Zgłodniałam, a w domu nie ma nic innego- odparłam wzdrygając ramionami. –Tylko nie mówcie nic Lou- dodałam szeptem rozglądając się niepewnie po kuchni jakby Lou mógł wyskoczyć z szafki i nakryć mnie na gorącym uczynku. Chociaż z drugiej strony, Louis jest zdolny do wszystkiego i z nim nigdy nic nie wiadomo.
-Spoko, nie musisz się o to martwić- zapewnił mnie Liam.
-Martwić? O co?- zapytał uśmiechnięty Lou wchodząc do kuchni. Zbladłam i schowałam marchewkę za plecami.
-Eee, o nic!- odparł Liam zerkając na mnie co chwila.
-I o to właśnie chodzi!- dodał Zayn kiwając głową. Lou uniósł brwi.
-No, że nie musimy się o nic martwić- wyjaśnił Niall. Tommo patrzył na nasze niewinne uśmiechy zastanawiając się chwile.
-No dobra- odparł wzdrygając ramionami i przeszedł obok mnie chcąc dotrzeć do lodówki. Jednak kiedy stał za mną odwrócił się ruszając nosem jak królik. –Marchewki? Czuję marchewki!- odparł krążąc po kuchni.
-Wydaje ci się!- odparł Liam machając ręką i chichocząc nerwowo.
-Nie!- zaprzeczył od razu Lou, przez co my podskoczyliśmy zaskoczeni. –Louis Tomlinson nigdy się nie myli. Zwłaszcza jeśli chodzi o marchewki- odparł, a ja przełknęłam głośno ślinę. Lou patrzył uważnie na każdego, aż w końcu przeniósł swoje badawcze spojrzenie na mnie. –Charlie, co chowasz za plecami?- zapytał podchodząc do mnie.
-Nic specjalnego- odparłam cofając się w tył.
-Marchewka!- pisnął Lou zerkając za moje plecy. –Dlaczego chowasz marchewkę za plecami?- zapytał przyglądając mi się uważnie.
-To miał być prezent dla ciebie!- odparłam starając uśmiechać się jak najbardziej naturalnie. Tommo przyglądał mi się bacznie przez chwilę.
-Nie wierzę ci- odparł w końcu.
-Dlaczego?!- zapytałam zdziwiona.
-Nie wiem. Coś, jakiś głos, mi podpowiada, że nie mówisz prawdy- odparł.
-Chciała ją zjeść. Ukaż ją Lou- szepnął Hazza nie spodziewając się tego, że wszyscy go słyszą. Spojrzałam na niego z wyrzutem, a on chichocząc nerwowo schował się za Lou.
-Zdrajca!- fuknęłam.
-Wybacz, ale Louis jest dla mnie milszy i wolę jego- odparł Styles wzdrygając ramionami.
-Też coś- prychnęłam.
-Chciałaś zjeść moją marchewkę!- odparł Louis.
-Jak na to wpadłeś?!- zapytałam sarkastycznie.
-Wiem gdzie mieszkasz- odparł Lou robiąc groźną minę. Uniosłam brwi i spojrzałam pytająco na chłopaków. Oni tylko westchnęli i pokiwali głowami.
-Przecież mieszkamy w jednym domu- zauważyłam.
-No właśnie- odparł Lou z dziwną miną. On na serio myśli, że wystraszy mnie taką groźbą? No cóż. Wygląda na całkiem poważnego. Ciekawe co by zrobił gdybym… Nagle mnie olśniło. Uśmiechnęłam się diabolicznie i z iskrą w oku spojrzałam na Lou, który się nieco zmieszał.
-A ja wiem gdzie ty mieszkasz- odparłam łapiąc się pod boki. Lou zbladł i przełknął głośno ślinę. –Nie znasz dnia ani godziny. Strzeż się- szepnęłam do niego i gryząc marchewkę wyszłam z kuchni zadowolona z siebie.

***

Siedziałam właśnie w swoim pokoju relaksując się przy dźwiękach muzyki (czytaj rozkręciłam wieżę na maksa i w całym domu słychać było piosenki chłopaków i dużo rockowych kawałków).
-Charlie!- krzyczał Niall waląc w drzwi.
-Nie słyszę, mów głośniej!- krzyknęłam znad laptopa.
-CHARLIE!!!- wrzasnął. I to z jaką siłą. Wystraszyłam się tak, że spadłam z łóżka.
-Wejść!- jęknęłam podnosząc się z ziemi i ściszając wieżę. Usiadłam na łóżko masując bolącą głowę, a zadowolony Horanek wszedł do pokoju.
-Zbieraj się słońce, jedziesz ze mną na zakupy- odparł. No tak. Niall zaczął mówić do mnie „słońce”. Właściwie nie wiem dlaczego. Po prostu tak mówi.
-Dlaczego ja?- zapytałam od razu.
-Bo tak- mruknął Niall wywracając oczami.
-Czemu Harry nie może?- zapytałam.
-Nie tym razem młoda!- krzyknął zadowolony Styles przechodząc korytarzem.
-W takim razie jest jeszcze Lou, Zayn i Liam- wyliczałam na palcach.
-Ale ja chcę jechać z tobą- odparł Niall, a ja spojrzałam na niego nie przekonana. –Tak mnie nie lubisz, że nie chcesz ze mną jechać na zakupy?- zapytał ze smutną minką.
-Niall, to nie tak…
-Przyzwyczaiłem się do tego. To ja jestem ten najbrzydszy, najmniej uzdolniony i w ogóle taki nijaki- mruknął smętnie. –Nie będę cię do niczego zmuszać. Mogę sam jechać- westchnął patrząc na mnie smutno.
-Niall wróć!- krzyknęłam, a blondasek spojrzał na mnie bez wyrazu.
-Biorę telefon i możemy jechać- odparłam zgarniając I’phona z łóżka. Zatrzymałam się jeszcze na chwilę przy lusterku, a kiedy stwierdziłam, że mam gniazdo na głowie, wzięłam gumkę i w biegu zrobiłam koczka. –Poza tym nie jesteś gorszy od reszty. Moim zdaniem jesteś najprzystojniejszym, najzdolniejszym, najfajniejszym, najsłodszym, najradośniejszym, najzabawniejszym i najbardziej głodnym facetem pod słońcem- odparłam przytulając go mocno. –A to, że kilka głupich nastolatek myśli inaczej to ich problem. Nie moja wina, że same się okłamują- dodałam cmokając chłopaka w policzek. –A teraz chodź. Jedzenie samo się nie kupi- odparłam i pociągnęłam uśmiechniętego chłopaka do wyjścia.

***

W zamyśleniu wrzucałam kolejne produkty do koszyka, który pchał Niall.
-Dzięki Charlie- odparł Niall, czym nie powiem, zaskoczył mnie. Zatrzymałam się i spojrzałam na niego zdziwiona znad opakowania płatków. 
-Za co?
-Za wszystko- odparł i mnie mocno przytulił. Totalnie zszokowana dopiero po chwili odwzajemniłam uścisk. Kochałam wszystkich pięciu debili potwornie, ale Niall był dla mnie jak brat. Niekoniecznie starszy. One Direction stało się moją rodziną. Nienormalną i świrniętą co prawda, ale jakże cudowną.
-Nie ma za co żarłoczku- odparłam nadal lekko zdziwiona. Niall uśmiechnął się szeroko i ruszył przed siebie. Patrzyłam przez chwilę jak wrzuca różne produkty do koszyka nawet nie patrząc co to. Uśmiechnęłam się pod nosem i dogoniłam Nialla czując ciepło na serduszku. Nie wiem czemu, ale kiedy tylko Niall jest szczęśliwy czuje się dobrze. Czuję ciepło na sercu. Jednak kiedy biedaczek jest smutny serce mi się kraje, zwłaszcza kiedy patrzę w te jego smutne oczka. Strasznie zżyłam się z tym pochłaniaczem jedzenia. Niemniej jednak z resztą. Każdy z nich jest na swój porąbany sposób ciekawy i z każdym łączy mnie silna więź. Gdyby ktoś zaczął by się śmiać z takiego na przykład Zayna, przybiegłabym do niego i nakrzyczała na tego ktosia, a potem pocieszałabym Malika przy gorącym kakałku z dużą ilością pianek. Kocham ich i po prostu chcę im pomagać i wspierać. Z każdym doskonale się rozumiem, nawet bez słów i z każdym doskonale się bawię.
-Słońce, idziesz?- dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że stoję w środku działu ze słodyczami i patrzę na Nialla uśmiechając się pod nosem.
-Już idę!- krzyknęłam i ruszyłam biegiem w jego kierunku.

***

-Jesteś dosyć specyficzną dziewczyną- stwierdził Niall gdy pakowaliśmy zakupy do samochodu.
-Niby dlaczego?- zapytałam unosząc brew.
-Jaka normalna dziewczyna mówi „już idę” i biegnie na złamanie karku w twoim kierunku?- zapytał śmiejąc się, a ja pacnęłam go w ramię. –Poza tym zachowujesz się inaczej niż reszta. Wyróżniasz się w tłumie- dodał. –Ale pierwszego dnia ostrzegałaś, że taka jesteś- przypomniał sobie zamykając bagażnik. Uśmiechnęłam się pod nosem widząc jak Niall otwiera mi drzwi samochodu, obiega samochodów wokół i wsiada ze swojej strony.
-Dzięki- uśmiechnęłam się do niego.
-Do usług- chłopak mrugnął do mnie uśmiechając się szeroko. Uśmiechnęłam się szerzej i wbiłam wzrok w migające obiekty za oknem. Cały Londyn wydawał się być taki zabiegany. Tłumy ludzi przewijały się dziennie przez jego liczne ulice. Wszyscy byli ciągle zajęci, każdy był pochłonięty swoimi sprawami. Nikt nie zwracał uwagi na dwójkę znanych nastolatków w czerwonym mustangu stojących akurat na światłach.
-Niall, mogę cię o coś zapytać?
-Em, jasne- odparł chłopak zerkając na mnie lekko zdziwiony, jednak po chwili się uśmiechnął.
-Właściwie dlaczego nazywasz mnie „słońcem”?- zapytałam nie odrywając oczu od widoku za oknem.
-To bardzo proste- odparł. –Bo ty jesteś moim malutki słoneczkiem, które urozmaica moje życie. Co prawda często doprowadzasz mnie do szału, ale o wiele częściej do łez. W tym sensie, że śmieje się z ciebie do łez- powiedział uśmiechając się szeroko, a ja spojrzałam na niego ze zdziwioną miną uświadamiając sobie coś. Wcześniej tak mówiła na mnie tylko jedna osoba. Osoba, za którą strasznie tęsknie.
-Tata tak na mnie mówił- odparłam patrząc w jeden punkt przed siebie i uśmiechając się na same wspomnienia. –Mówił zawsze dokładnie tak jak ty przed chwilą. Tylko dodawał jeszcze, że zawsze podkradam mu jego ulubione ciasteczka- zaśmiałam się przywołując w pamięci nasze kłótnie, gdy tata oskarżał mnie o to, że zjadałam jego ostatnie ciastko. Zawsze kończyło się na tym, że szliśmy na lody do parku.
-Jesteś moją idolką Charlie- odparł Niall, czym mnie zupełnie zdziwił. Znowu. Zamrugałam kilkakrotnie i spojrzałam na niego pytająco. –Jesteś młoda, niepełnoletnia. Nie masz rodziców, zmarli gdy byłaś mała. Przez długi czas wychowywał cię facet, który nie zawsze miał dla ciebie czas. Jednak mimo to przezwyciężyłaś wszystkie przeciwności losu i teraz jesteś gwiazdą. Nie poddałaś się. Jesteś twardzielką Charlie- odparł co chwila na mnie zerkając.
-Wcale nie. Jestem po prostu wredną piętnastolatką, która miała dużo szczęścia- wydukałam zszokowana.
-Nie, mylisz się słońce. Ciężko na to wszystko zapracowałaś. Nie poddałaś się, gdy nie miałaś wsparcia, tylko wciąż kroczyłaś naprzód i naprzód. Jesteś sierotą od piątego roku życia. Miałaś tylko pięć lat, gdy zostałaś sama. To nie jest byle co Charlie- powiedział zupełnie poważnie i uśmiechnął się do mnie lekko.
-Nie mogę być twoją idolką- odparłam.
-Niby dlaczego?- zapytał Niall unosząc brew.
-Bo jestem młodsza- zauważyłam.
-To jeszcze żaden powód- mruknął Horan wywracając oczami.
-Poza tym głupsza, wredniejsza, mniej doświadczona i w ogóle. To ty i chłopacy jesteście idolami milionów nastolatek na całym świecie. Dajecie przykład tym wszystkim dziewczynom. One chcą być kiedyś takie jak wy. Nocami śnią, że was spotkają i chociaż zamienią z wami parę zdań. Ja jestem zwyczajną Charlie Cole- dziewczyną, która potrafi nieźle zaleźć za skórę i w rekordowym tempie wpakować się w niezłe tarapaty- westchnęłam kiedy Niall parkował przed domem.
-Dla mnie i tak jesteś najlepsza. Możesz być jaka tylko chcesz. Bylebyś wciąż była sobą i zachowywała się tak jak zawsze- powiedział i wyszedł z samochodu. Przez chwilę siedziałam w ciszy patrząc jak Niall nosi zakupy do domu. Jest strasznie uparty. Wierzy w swoje i nie da sobie zrobić wody z mózgu. –Milady- odparł Niall kłaniając się lekko i otwierając mi drzwi. Zaśmiałam się pod nosem i wysiadłam z auta patrząc jak Niall praktycznie leci do domu coś zjeść. Jego dziewczyna będzie wielką szczęściarą. Cudowny z niego chłopak. Mądry, uroczy, dobrze wychowany, słodki, zabawny, uparty i przy tym niesamowicie przystojny i utalentowany. Cały Niall James Horan. Weszłam do domu i z uśmiechem na ustach oparłam się o drzwi w kuchni przypatrując się jak cała piątka pałaszuje zakupy w poszukiwaniu swoich rarytasów. Czasem czuje się jakbym to ja była tą najstarszą i najmądrzejszą. Niekiedy chłopacy doprowadzają mnie do takiego stanu, że czuję się jak ich matka.
-Chodź Charlie, znalazłem twojego ulubionego batona!- odparł Harry unosząc cudowną ambrozję w ciemnym papierku.
-Już idę- odparłam uśmiechając się pod nosem i dołączyłam do nich.
-Wiecie co? Kocham was debile- stwierdził Zayn.
-Awww, Zayn, my ciebie też!- pisnął Lou.
-Ja też was kocham- przyznał Harry.
-No, ja też!- krzyknął Niall.
-No i ja oczywiście- dodał Liam. Teraz wszyscy spojrzeli na mnie. Uśmiechnęłam się szeroko i kiwnęłam głową.
-Kocham was najmocniej na świecie- odparłam uśmiechając się szeroko, a chłopacy robiąc zbiorowe „awww” przytulili mnie mocno. Właśnie dla takich chwil męczę się z nimi codziennie.

________________________________________________________________________

Podobało się Wam? No ja myślę :3 Nie wiem kiedy pojawi się następny i tak dalej.
Bardzo,  bardzo, bardzo, bardzo Was przepraszam za tak długą przerwę. Po prostu nie miałam czasu i przyjechali do mnie jeszcze kuzyni na ferie... Przepraszam. Nie mam też teraz czasu na te nominację, za które strasznie Wam dziękuję. Nie dodam rozdziałów na inne blogi. Ale postaram dodać się w piątek lub w weekend. Jeszcze raz przepraszam!
To tyle.
Polecam się na przyszłość

środa, 6 lutego 2013

Rozdział 13


**Rozdział 13**

Z samego rana obudziły mnie dosyć dziwne dźwięki dochodzące z łazienki. Mruknęłam coś pod nosem i zwlekłam swoje zwłoki z łóżka po czym zajęłam się doprowadzaniem się do porządku.

***

-Co to za dźwięk…- urwałam wchodząc do łazienki i widząc Tomma ściskającego swojego porcelanowego przyjaciela. –Co jest grane?- zapytałam patrząc na siedzącego przy nim Harrego.
-To wszystko przez wczorajszy bal. No wiesz, Lou zjadł tam…- Harry urwał patrząc nie pewnie na przyjaciela. –Krewetki- lokers szepnął do mnie cichutko.
-Masz, na myśli krewetki?- zapytałam, a Lou ponownie zwymiotował. -O, wybacz stary. Nie chciałam mówić „krewetki”- odparłam, Lou ponownie zwymiotował, a Hazza spojrzał na mnie chcąc bym się zamknęła. –Ups- zakryłam sobie usta dłonią. –Znowu powiedziałam „krewetki”! A nie chciałam. Uwierz mi Lou! Nigdy nie lubiłam krewetek, a teraz szczególnie- odparłam dopiero po chwili rozumiejąc ile razy wymieniłam słowo „krewetki”. Lou ponownie głośno zwymiotował, a Harry pacnął się w czoło. –To ja może już sobie pójdę- wskazałam na drzwi i w ekspresowym tempie opuściłam łazienkę i zbiegłam na dół.
-Co jest? Wyglądasz jakbyś ducha zobaczyła- Zayn uniósł brwi widząc moją minę.
-Gorzej. Widziałam rzygającego Lou- wykrzywiłam się, a Niall jak zwykle parsknął śmiechem. –Gorsze było to, że powiedziałam przy nim kilka razy słowo „krewetki” i teraz Lou wymiotuje jeszcze mocniej!- odparłam, a Niall wybuchnął śmiechem. Z góry doszedł odgłos zwracania. –Przepraszam!- krzyknęłam w kierunku schodów i ignorując turlającego się po ziemi ze śmiechu Horana poszłam do kuchni. –Hej Liam- przywitałam chłopaka robiąc sobie płatki z mlekiem.
-Dzień dobry Charlie- odparł przeglądając gazetę. –Nie powinnaś być w szkole?- dodał po chwili. Nagle mnie olśniło. Przecież dzisiaj jest wtorek.
-Powinnam, ale nie jestem- wzdrygnęłam ramionami. Payne uniósł brwi. –I tak w piątek mamy zakończenie. Teraz lekcje to siedzenie w klasach i gadanie o niczym- mruknęłam.
-Kiedy ja byłem w twoim wieku, nie opuściłem żadnej lekcji i miałem same piątki- odparł Liam z dumą w głosie.
-Kujon- mruknęłam pod nosem zalewając płatki mlekiem.
-Co powiedziałaś?- blondynek spojrzał na mnie unosząc brew. 
-Nic, pewnie ci się coś przesłyszało- wzdrygnęłam ramionami.
-Pewnie tak- mruknął Payne patrząc na mnie badawczo, podczas, gdy ja uśmiechałam się do niego niewinnie.

***

-Zdycham- jęknął Lou rozkładając się na kanapie. –Nawet po największej imprezie tak nie wymiotowałem- odparł patrząc na mnie nieobecnym wzrokiem. Był strasznie zielony. Jak żaba. Lou Tomlinson- przerośnięty zielony królik pochłaniający kilogramy marchewek dziennie… Czasem moja wyobraźnia mnie przeraża. Uśmiechnęłam się do niego pokrzepiająco i poklepałam po ramieniu woląc nie otwierać ust. Łazienka jest dosyć daleko, a ja nie mam zamiaru sprzątać pawia Tomma z podłogi.
-El do ciebie nie przyjedzie?- zapytał Zayn skacząc po kanałach.
-Nie, bardzo by chciała, ale jest strasznie zajęta. Ma dużo pracy i nie może się wyrwać- odparł Lou lekko się krzywiąc. –Ale nie jestem sam. Mam jeszcze was- dodał patrząc na każdego po kolei i uśmiechając się szeroko.
-Tsaaa, no bo widzisz…- Liam spojrzał na przyjaciela drapiąc się po głowie. –Umówiłem się z Danielle- wybąkał uśmiechając się niepewnie.
-Spoko stary, rozumiem. Na twoim miejscu zrobiłbym podobnie- Lou mrugnął do blondynka, któremu ulżyło. –Poza tym mam jeszcze Harrego, Zayna, Nialla i Charlie- Lou wyliczał na palcach.
-Poprawka. Masz Nialla i Charlie- odparł Harry z niepewną miną. Lou uniósł brwi i spojrzał na niego zdziwiony. –Pamiętacie te laski z balu?- zapytał.
-Zgodziły się z nami umówić. Normalnie zostalibyśmy przy tobie, ale strasznie się namęczyliśmy żeby się z nami umówiły- wyjaśnił Zayn. Tommo patrzył na nich przez chwilę w milczeniu.
-No dobra- wzdrygnął ramionami. –Przynajmniej mam Charlie i Nialla- odparł uśmiechając się, a Niall odkrząknął i spojrzał na niego znacząco.
-Obiecałem Joshowi, że pojadę z nim na zakupy. Znalazł jakąś laskę, która wpadła mu w oko i chce zrobić na niej wrażenie- wybąkał blondasek uśmiechając się przepraszająco. Lou uśmiechnął się, jednak mniej niż ostatnio.
-Nie szkodzi. Charlie ze mną zostanie i razem będziemy się świetnie bawić- odparł otaczając mnie ramieniem. Ja, piętnastoletnia dziewczyna, która nie ma żadnego doświadczenia lekarskiego, zostaje sam na sam z Lou, porąbanym człekiem, który wymiotuje kiedy tylko słyszy pewne słowo. Coś czuję, że będzie dużo sprzątania. –Prawda Charlie?- Lou spojrzał na mnie uśmiechając się szeroko. Tsaaa, może lepiej już zacznę przygotowywać się psychicznie do sprzątania pawi szanownego pana Tomlinsona.
-Jasne- odparłam uśmiechając się.
-To świetnie, bo tak się składa, że już muszę iść- Liam spojrzał na zegarek i wstał z fotela. –Podwieźć was?- zapytał patrząc na chłopaków.
-Miło by było- doparł Harry.
-Dobra. Widzimy się na dole za chwilę- odparł i razem z chłopakami popędził na górę. Wlepiłam oczy w telewizor by tylko zapomnieć o wizji Charlie sprzątającej wymiociny Lou, gdy nagle dostałam wiadomość.
„Dlaczego cię nie ma w szkole?
Jessy”
Westchnęłam i szybko odpisałam.
„Tak jakoś wyszło. I zanim o cokolwiek poprosisz- nie mogę, musze zostać w domu z Lou i go pilnować. Na balu struł się krewetkami i teraz wymiotuje kiedy tylko słyszy To Słowo, Którego Nie Wolno Wymawiać
Charlie”
Położyłam I’phona obok i wróciłam wzrokiem do żyrafy, która piła z wodopoju.
„Co to, Hogwart? A chłopacy nie mogą z nim zostać? Chociaż na chwilę
Jessy”
Wywróciłam oczami i zabrałam się za odpisywanie.
„Chłopacy nie mogą się nim zająć, bo mają własne plany, z których nie mogą się wykręcić. Trafiło na mnie, ale jakoś nie narzekam.
Charlie”
Schowałam telefon do kieszeni czując na sobie czyjś wzrok. Podniosłam głowę i napotkałam spojrzenie Lou, który błyskawicznie odwrócił głowę patrząc na telewizor nie mogąc powstrzymać głupawego uśmieszku. Wywróciłam oczami i wbiłam spojrzenie w widok za oknem. Ja pilnująca Lou. Zapowiada się ciekawie.

***

-Słyszałam, że zdychasz- odparłam podążając wzrokiem za Lou biegającym wokół kanapy.
-To było wieki temu!- powiedział zatrzymując się i siadając na moich kolanach. Westchnęłam dobrze wiedząc, że nie zrzucę Lou z kolan. Jest zbyt uparty i zbyt silny. 
-To było jakieś pół godziny temu- przypomniałam.
-Ale ten czas szybko leci!- stwierdził otaczając mnie ramieniem i uśmiechając się szeroko. –Dopiero była 12:05, a teraz jest 12:06!- odparł patrząc na zegarek. Uśmiechnęłam się pod nosem i spojrzałam na Lou czekając na dalsze rozwinięcie wydarzeń. –Chodźmy na spacer- poprosił Lou.
-Nie
-Proszę!
-Nie
-Ale proooooooszę!- zawył. Westchnęłam.
-No dobra, ale złaź ze mnie- mruknęłam. Tommo wydał z siebie okrzyk radości i zeskoczył ze mnie w pośpiechu zakładając buty. Zaśmiałam się pod nosem i dołączyłam do chłopaka.

***

-Lou- zagadnęłam chłopaka patrząc na czubki swoich butów.
-Hmmm?
-Mogę cię o coś zapytać?
-Wal śmiało
-Kochasz El?- zapytałam podnosząc na niego wzrok, a chłopak uniósł brwi zdziwiony patrząc na mnie.
-Oczywiście, że tak. Kocham ją bardziej niż marchewek
-Skąd wiedziałeś, że to właśnie ona?- zapytałam, a chłopak przystanął przyglądając się mi badawczo. –Pytam z czystej ciekawości- odparłam unosząc ręce w obronnym geście. Lou uśmiechnął się pod nosem i pociągnął mnie w kierunku niedalekiej ławki.
-No cóż, to dosyć trudne pytanie- odparł patrząc z zamyśloną miną w dal. Po chwili jednak spojrzał na mnie. –Po prostu kiedy ją zobaczyłem, poczułem ukłucie w klatce piersiowej. Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale kiedy ją po raz pierwszy zobaczyłem, moje serce na jedną krótką sekundę stanęło. El wywarła na mnie ogromne wrażenie. Była piękna, mądra, zabawna, urocza… Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia. Na początku nie myślałem o niej jak o Tej Jedynej. Byłem w niej po prostu zakochany. Jednak z czasem się to zmieniło. Poznałem ją bliżej i pokochałem. Teraz już wiem, że kocham ją całym sercem i nie wiem co bym sobie zrobił gdyby jej coś się stało- odparł mówiąc strasznie poważnie. Lou w tej chwili wyglądał jak… jak nie Lou. Uśmiechał się delikatnie jednak ton głosu miał całkowicie poważny. W oczach tańczyły malutkie iskierki, a kiedy tylko wymawiał jej imię, uśmiechał się szerzej, a jego źrenice powiększały się. Po prostu ją kochał… Ten stan jest totalnie dziwny i popaprany. Nigdy czegoś takiego nie czułam i nie zamierzam czuć. Miłość jest totalnie przereklamowana. Tak sądziłam kiedyś, tak sądzę teraz i w najbliższym czasie. Koniec, kropka. –Co się stało, że tak zaciekawił cię ten temat?- zapytał uśmiechając się pod nosem. Podniosłam na niego wzrok i zamrugałam kilkakrotnie. Właściwie dlaczego zadałam to pytanie?
-Pani na biologii określiła miłość jako rzecz normalną. Jak coś co jest najzwyklejsze w świecie. Po prostu chciałam przekonać się czy to prawda- odparłam wzdrygając ramionami. Odpowiedziałam na jego pytanie, jednak nadal nie do końca byłam pewna dlaczego o to zapytałam.
-Miłość to coś cudownego. Nie można tego opisać. To się po prostu czuje- powiedział patrząc gdzieś w dal. Zakochany człowiek to dziwny człowiek. Dać przykład? Bardzo proszę. Taki Liam, jest po uszy zakochany w Danielle i nie widzi jaka ona jest naprawdę. Toksyczny związek. Perrie i Zayn, ona go tylko wykorzystywała, a chłopak naprawdę ją kochał. Teraz ona żyje sobie jak gdyby nigdy nic, a biedy Zayn już nigdy nie zaklei pustki w sercu jaką ona po sobie zostawiła. Odchodząc zabrała też cząstkę Zayna. Nie mówię, że chłopak już nigdy nikogo nie pokocha, nie. Po prostu Zayn zawsze już będzie coś czuł do Perrie. Może być to zwyczajna sympatia- ale zawsze coś. –Ty zadałaś mi trudne pytanie, więc teraz jest moja kolej- Tommo wyrwał mnie z rozmyślań. Podniosłam na niego wzrok i uśmiechnęłam się lekko. –Kiedy zmarli twoi rodzice?- zapytał. Uniosłam zdziwiona brwi. –Jeśli nie chcesz o tym mówić, to spoko. Rozumiem- odparł od razu. 
-Nie, nic mi nie jest- zapewniłam przywołując w głowie straszne wspomnienie sprzed dziesięciu lat. –Było to dziesięć lat temu. Dokładnie dwudziestego siódmego czerwca. Taki tam prezent na urodziny- odparłam wymuszając uśmiech.
-Przykro mi. Na pewno bardzo to przeżyłaś- Lou z zatroskaną miną złapał moją dłoń i mocno ją ścisnął.
-Trochę tak, w końcu miałam wtedy pięć lat. Nie chcę tego pamiętać, ciągle staram się o tym zapomnieć, ale nie mogę. Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj- westchnęłam czując jak łzy napływają mi do oczu. –Było piękne czerwcowe popołudnie. Słońce świeciło, ptaki śpiewały, nie było żadnych powodów do smutku. Byłam wtedy u dziadków. Można powiedzieć, że u nich mieszkałam. Rodzice już od dłuższego czasu leżeli w szpitalu. Bawiłam się w ogrodzie z dziadkiem, gdy do babci zadzwonił telefon. Babcia posyłając mi uśmiech weszła w głąb domu i odebrała. Po chwili wróciła. Już się nie uśmiechała. Była przerażona. Miała rozszerzone oczy, które powoli wypełniały się łzami, usta zakryła dłonią, a w drugiej, kurczowo ściskała telefon. Dziadek od razu do niej podbiegł. Po chwili on też taki był. Ja wciąż niewzruszona bawiłam się lalkami co chwila zerkając zaciekawiona na dziadków. Zabrali mnie do szpitala. Kiedy tylko dojechaliśmy, dziadek wziął mnie na ręce i wbiegł do sali, w której leżeli oni. Przeraziłam się odrobinę gdy zobaczyłam ich. Byli strasznie bladzi, wyglądali jak trupy, byli podłączeni do milionów migających i pikających urządzeń. Nikt im nie pomógł. Było już za późno. Tylko jeden lekarz stał w końce z wielkim bólem wymalowanym na twarzy przyglądając się wszystkiemu. Dziadkowie od razu podbiegli do łóżek i zaczęli coś mówić płacząc. Ja stałam pośrodku sali ściskając w ręce ulubionego misia. Stałam zdezorientowana i patrzyłam na płaczącą babcię, ściskającego ją dziadka, któremu również łzy spływały po policzkach, na lekarza, który uparcie stał w kącie, i na moich rodziców. Byli bardzo spokojni. Uśmiechali się i starali uspokoić dziadków. Byłam mała, nic nie rozumiałam. Kiedy w końcu dziadkowie się odrobinę uspokoili, mama przywołała mnie do siebie. Podeszłam do łóżka i przytuliłam się do rodziców cisząc się, że ich widzę. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, jak co dzień, gdy ich odwiedzałam. Po jakimś czasie ciągłego opowiadania, zmęczyłam się i zasnęłam leżąc między mamą, a tatą. Kiedy obudziłam się po jakimś czasie, pierwsze co ujrzałam to ich spojrzenia. Uśmiechnęłam się i ich przytuliłam. Oni jednak nadal leżeli niewzruszeni na łóżkach. Zdziwiona przyjrzałam się im baczniej. Byli jeszcze bledsi niż wcześniej, leżeli bezwładnie na łóżkach i patrzyli na mnie tępo. Zaczęłam krzyczeć. Po chwili dziadkowie i lekarz wbiegli do sali i zabrali mnie stamtąd. Nie chciałam tego. Wrzeszczałam, płakałam, kopałam i zapierałam się jak mogłam. Byłam jednak bezsilna. Potem patrzyłam przez szybę jak przykrywają ich ciała pościelą i wyłączają wszystkie urządzenia. Jakiś czas później zmarli dziadkowie, a mną zajął się Paul- dopiero po dłuższej chwili milczenia zorientowałam się, że wpatruję się przed siebie, a ciepłe łzy spływają mi po policzkach. Zamrugałam kilkakrotnie i starłam łzy. Kiedy usłyszałam pociąganie nosem, podniosłam wzrok na Lou. Miał zaszklone oczy i patrzył na mnie smutno.
-Strasznie dużo przeszłaś- wybąkał w końcu, a pod koniec głos mu delikatnie zadrżał.
-Oj Lou. Chodź do mnie- wyciągnęłam do niego ramiona uśmiechając się lekko. Chłopak rozpłakał się kompletnie i przytulił do mnie co chwila pociągając nosem. –Nie płacz głupi. Już wszystko dobrze. Uspokój się- mruczałam gładząc go po plecach. Po chwili chłopak odsunął się ode mnie i łapiąc spazmatycznie powietrze spojrzał na mnie szklanymi oczyma. Uśmiechnęłam się i podałam mu chusteczki.
-Dzięki- pociągnął nosem i wziął ode mnie paczuszkę. Uśmiechnęłam się pod nosem i ciągnąc za sobą ryczącego chłopaka, wróciłam do domu.

***

Siedzieliśmy z Paulem w kuchni, gdy ktoś zadzwonił do drzwi.
-Charlie otwórz- Lou spojrzał na mnie znacząco. Mruknęłam coś pod nosem i otwarłam drzwi zastanawiając się kogo do nas przywiało.
-Czego?- warknęłam otwierając.
-Dzięki za miłe powitanie Charls- odparł Jessy uśmiechnając się do mnie.
-A ty co tu robisz?- zapytałam unosząc brew.
-Przyszedłem odwiedzić moją przyjaciółkę- odparł wchodząc do środka. Patrzyłam na niego przez chwilę z pytająco miną. Po chwili jednak wzdrygnęłam ramionami i zamknęłam drzwi wchodząc z Jessy’m do kuchni.
-Cześć Jessy- Lou przywitał go chrupiąc marchewkę.
-Cześć Lou- chłopak uśmiechnął się do szatyna. –Dzień dobry- dodał patrząc na Paula.
-Bry- mężczyzna mruknął patrząc na mnie pytająco.
-Co cię do nas sprowadza?- Lou zapytał wyprzedzając Paula.
-Chciałem wyciągnąć Charls na spacer, albo coś- odparł Jessy wzdrygając ramionami i nie przestając się szelmowsko uśmiechać. Przeniosłam spojrzenie z jabłka na Jessy’ego unosząc brwi.
-Bardzo nam przykro, ale Charlie musi zostać i opiekować się Louisem- odparł Paul.
-Hmmm no dobrze. W takim razie widzimy się za godzinę- rzucił Jessy uśmiechając się do mnie i wyszedł.
-To było dziwne- stwierdziłam patrząc na drzwi.
-Charlie, ty wiesz, że nigdzie nie idziesz, prawda?- odparł Paul patrząc na mnie znacząco.
-Tsa- mruknęłam wgryzając się w jabłko.

***

-To na razie!- krzyknęłam łapiąc za klamkę.
-Gdzie idziesz?- zapytał Paul.
-No, spotkać się z Jessy’m
-Przecież już wcześniej mówiłem, że nigdzie nie idziesz- przypomniał Paul.
-No, ale Paul! Lou nie wymiotował już od kilku godzin i czuje się świetnie- odparłam. –Prawda Lou?- zapytałam patrząc na chłopaka, który starał się odplątać sznurowadła.
-Mhm- szatyn mruknął zamyślony.
-Widzisz?- zapytałam wskazując na Lou.
-Nigdzie nie idziesz- powtórzył Paul.
-No, ale
-Nie- Paul mi przerwał, a gdy ponownie otworzył usta, zadzwonił jego telefon. Niezadowolony mężczyzna mruknął coś pod nosem i odebrał. Po chwili nawijania do słuchawki rozłączył się i spojrzał na mnie. -Muszę już iść- odparł. Uśmiechnęłam się i odsunęłam kawałek wskazując na drzwi. –Ale najpierw musze dać ci kazanie- odparł, a ja jęknęłam. Kiedy Paul brał wielki oddech by zacząć swoją opowieść, co  robił jak był w moim wieku, Lou wstał i położył mi dłonie na ramionach.
-Ja się tym zajmę, Paul. Możesz iść- odparł uśmiechając się. Paul spojrzał na niego zdziwiony. –Dam sobie z nią radę- zapewnił, a Paul po chwili wahania wyszedł z domu. Przez chwilę patrzyłam na drzwi.
-Dzięki Lou. Jesteś kochany!- przytuliłam chłopaka i ponownie złapałam za klamkę.
-Nie tak prędko młoda damo- odparł Lou łapiąc mnie za nadgarstek z poważną miną.
-A no tak, zapomniałabym. Kupię ci marchewki jak będę wracać. Na razie!- odparłam i chciałam wychodzić, ale zdumiona zauważyłam, że Lou nie chce mnie pościć. Uniosłam brwi i spojrzałam na niego pytająco.
-Siadaj- wskazał na fotel.
-Okay- mruknęłam z dziwną miną patrząc na chłopaka i wykonując jego polecenie. Chłopak usiadł naprzeciwko mnie nawet na chwilę nie zmieniając miny.
-Kiedy ja byłem w twoim wieku…- zaczął.
-Ty chyba nie mówisz poważnie?- przerwałam mu. On jednak nie wzruszony kontynuował.
-Kiedy ja byłem w twoim wieku…
-No zlituj się!- jęknęłam.
-Nie przerywaj mi!- fuknął chłopak. Ze zdziwioną miną zamknęłam usta. –Kiedy ja byłem w twoim wieku…- no i się zaczęło. Nie wiem co odwaliło temu chłopakowi. Jęknęłam opadając na fotel, czując, że Lou nie skończy za szybko swojej opowieści.

***

-I tak właśnie powstały lizaki, a ja zrozumiałem, że kocham marchewki- odparł Lou kończąc swoją jakże interesującą opowieść. Pacnęłam się w czoło i spojrzałam z wyrzutem na chłopaka. –No co?- zapytał zdziwiony.
-Co ty odwalasz?!- fuknęłam.
-Chciałem się poczuć jak prawdziwy dorosły- mruknął Lou wzdrygając ramionami.
-I co?- zapytałam starając się nie rzucić na niego i poharatać tę jego śliczną buźkę.
-Nie podoba mi się- stwierdził. No nie. Katował mnie swoimi durnymi opowiastkami przez dobrą godzinę, i to jeszcze bez większego powodu?! –Strasznie to nudne- dodał, po czym uśmiechnął się i zaczął bawić się marchewkami. 
-Siedziałam tu godzinę i wysłuchiwałam twojego paplania, bo tobie zachciało się być dorosłym?!- zapytałam będąc bliska wybuchu.
-Eee, tak, bo co?- zapytał Lou uśmiechając się. Pacnęłam się w czoło.
-Krewetki, krewetki, krewetki, krewetki, krewetki!- krzyknęłam mu do ucha. Chłopak zrobił się zielony i popędził do łazienki. –Miłego zwracania!- krzyknęłam i wyszłam z domu na spotkanie z Jessy’m.

***

Kiedy doszłam do parku zaczęłam się martwić o Lou. Pewnie teraz biedak ściska klozet. Jak mogłam go zostawić w takim stanie?... Ale w końcu to on katował mnie swoimi durnymi historyjkami bez głębszego powodu. Jednak to nie zmienia faktu, że mam wyrzuty sumienia… Ech, czasem jestem strasznie głupia. Trudno. Jessy musi poczekać. Nie zostawię Lou samego. Wyciągnęłam telefon i napisałam wiadomość do Jessy’ego, że jednak się nie zjawię i wróciłam biegiem do domu.

_____________________________________________________

Trzynastka, ale czy pechowa? Co myślicie?
Z góry chciałabym przeprosić za to, że wcześniej nie dodałam, ale nie miałam po prostu czasu i siły. No wiecie. Szkoła, nauka, obowiązki i latanina związana z wycieczką do Hiszpanii... eh. 
W każdym bądź razie dodałam.
Polecam się na przyszłość