poniedziałek, 31 grudnia 2012

Rozdział 1


**Rozdział 1**

-Od czego zacząć?- zapytał Paul patrząc na mnie nie pewnie.
-Od początku- odparłam wzdrygając ramionami. Paul wziął długi wdech i zaczął czytać.

Latem 95 u moich znajomych odbywała się huczna impreza. Byli na niej wszyscy- więc i ja. Właśnie tam go poznałam. Wyszedł z tłumu po butelkę piwa. Kiedy nasze spojrzenia się zetknęły wiedziałam, że to ten jedyny. Całą imprezę spędziliśmy razem. Rozmawialiśmy, tańczyliśmy, piliśmy, poznawaliśmy się bliżej. W nocy zaciągnął mnie do przyczepy campingowej mojego ojca. Nie wiem czy to z powodu dużej ilości alkoholu we krwi czy raczej z powodu pewnych tabletek, które zażyliśmy. Chciałam go, pragnęłam i musiałam dostać. W szybkim tempie zrzuciliśmy z siebie ubrania i opadliśmy na
łóżko…”

Wytrzeszczyłam oczy.
-Nie od takiego początku!- przerwałam mu, a on podniósł na mnie wzrok znad dziennika. –Przejdź do narodzin- odparłam. –Nie chcę wiedzieć co działo się wcześniej- wzdrygnęłam się, a Paul ze śmiechem przerzucił kilka kartek i zaczął czytać dalej.

27 czerwca 1996 roku w godzinach południowych w małym 
szpitaliku w Londynie na świat przyszła mała istotka. Miała
 nieskazitelną urodę i była strasznie słodka- czarna jak noc burza 
sprężynek, duże, ogromne wręcz, brązowo- zielono- żółte oczy, zgrabny nosek, usta ciągle wygięte w uroczym uśmiechu i strasznie blada cera. Można by rzec, że aż biała. Dziecko 
zachwycało wszystkich, każdy był nią oczarowany. Każdy chciał ją zobaczyć, potrzymać, 
pobawić się z nią. Postanowiliśmy nazwać ją Charlotte- tak jak nasze ulubione 
ciasteczka. W miarę czasu Charlie rosła i stawała się coraz wyższa, mądrzejsza, 
piękniejsza, zdolniejsza. Charlie miała wspaniały głos. Była naprawdę uzdolniona. Na 
pewno bez problemu wygrywałaby we wszystkich konkursach wokalnych. Byliśmy z niej 
dumni. Nadal jesteśmy. Dlatego musieliśmy znaleźć jej godnego opiekuna, który zajmie 
się nią gdy nas zabraknie. Po długich rozmyślaniach wybraliśmy odpowiednią osobę. 
Paul, nasz wspaniały przyjaciel, powinien być dla niej dobrym opiekunem. Musi być, nie 
ma innego wyboru. To właśnie jego wybraliśmy.

Zamrugałam kilkakrotnie by pozbyć się łez. Kiedy uporałam się z gulą w gardle spojrzałam na Paula. Odłożył pamiętnik mamy na szafkę obok łóżka i wpatrywał się we mnie.
-Wszystko dobrze?- zapytał patrząc na mnie troskliwie. Kiwnęłam głową.
-Tak, ale nie jest mi łatwo. Jeszcze nie dawno byli tutaj, a teraz ich nie ma- westchnęłam. Paul przygarnął mnie do siebie i przytulił mocno.
-Taka jest kolej rzeczy. Twoi rodzice byli śmiertelnie chorzy na AIDS. Nie mogłaś nic zrobić. Prędzej czy później i tak by umarli- odparł drżącym głosem. Jemu też nie było łatwo o tym mówić. Był ich najbliższym przyjacielem, traktował ich jak rodzeństwo.
-Wiem- westchnęłam i odsunęłam się od niego. –Dzięki za pomoc- uśmiechnęłam się lekko. –Sama nie dałabym rady tego przeczytać- dodałam nie chcąc dalej już o tym myśleć.
-Do usług- Paul wstał z łóżka uśmiechając się. –Teraz się prześpij. Jutro wielki dzień- stanął w progu.
-Tsa- westchnęłam wyobrażając sobie najczarniejsze perspektywy jutrzejszego spotkania. Jeśli można to nazwać „spotkaniem”.
-Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Zaufaj mi- uśmiechnął się jeszcze raz i wyszedł z pokoju.
-Jasne- mruknęłam do siebie układając się wygodnie w łóżku. Zamknęłam oczy z nadzieją, że zasnę. Mijały minuty, potem kolejne, a ja nadal przewracałam się z boku na bok nie mogąc zasnąć. Z jęknięciem przykryłam sobie twarzy poduszką.

***


Obudziło mnie pikanie budzika. Usiadłam gwałtownie na łóżku zwalając przy tym poduszkę z twarzy. To już dziś. Zgarnęłam rzeczy z krzesła i popędziłam do łazienki. Zatrzymałam się chwilę dłużej przy lustrze. Czarne sprężynki opadały mi na bladą twarz, duże, brązowo- zielono- żółte oczy były przymrużone, zgrabny, mały nosek marszczył się delikatnie, ładne usta były wykrzywione w grymasie, no i te wydatne kości policzkowe. Wywróciłam oczami i zajęłam się doprowadzaniem się do użytku. Wzięłam szybki prysznic, umyłam włosy, wyszczotkowałam zęby i przebrałam się w ciuchy zbiegając na śniadanie i jednocześnie starając się znaleźć grzebień we włosach bo gdzieś się zgubił.
-Dzień dobry, jak się dzisiaj mamy?- zapytał Paul w fartuszku czytając gazetę.
-Dobrze, ale mogłoby być lepiej- mruknęłam wyciągając grzebień i wyrywając przy tym kilka włosów. Wykrzywiłam się i rzuciłam grzebień na stół, po czym zajęłam się swoim śniadaniem. Kiedy zjadłam, chwyciłam telefon i w myślach sprawdziłam czy wszystko zabrałam.
-Gotowa?- zapytał Paul zakładając kurtkę.
-Wydaje mi się, że tak- odparłam zamyślona.
-Skoro tak to możem… co ty masz na rękach?- zapytał wskazując na moje dłonie. Uniosłam brwi i obejrzałam je. Wyglądały normalnie. Kiedy obróciłam je wewnętrzną częścią  do góry wytrzeszczyłam oczy. Na prawej dłoni napisane było czarnym markerem „you”, a na lewej „fuck”. –Coś ty zrobiła?- Paul spojrzał na mnie unosząc brwi.
-Nie mam pojęcia- mruknęłam pędząc do łazienki. Nagle mnie olśniło. Syn sąsiadów, Jimmy. Ma pięć lat, wczoraj miałam się z nim pobawić, ale zapomniałam. Mały zemścił się wypisując mi to coś na ręce. Jestem tylko ciekawa skąd on zna takie słowa. Po pięciu minutach intensywnego szorowania napis nie zszedł. Nawet odrobinę.
-Długo jeszcze?- zapytał Paul z korytarza mocno się niecierpliwiąc. –Jeśli za chwilę nie wyjedziemy będziemy spóźnieni!- dodał.
-Już idę!- odparłam, wytarłam ręce i schowałam je do kieszeni. Paul widząc mój szeroki uśmiech i ręce włożone głęboko w kieszenie uniósł brwi. –Jedźmy już- poprosiłam zanim otworzył usta. –Późno już- przypomniałam.
-Właśnie! Musimy się spieszyć!- odparł i wybiegł z domu. Westchnęłam ciesząc się, że tak łatwo dał się spławić i wsiadłam do jego czarnego bmw zajmując przednie miejsce pasażera.

***


-Gotowa spotkać się z przeznaczeniem?- zapytał po kilkunastu minutach jazdy, parkując przed jego biurem w centrum Londynu.
-Nie- mruknęłam czując jak wnętrzności ściskają mi się w ciasny supeł.
-Cudownie, zatem pojedziesz na górę, dasz z siebie wszystko i nie dasz się zwariować!- uśmiechnął się. –Zgoda?- zapytał. Kiwnęłam sztywno głową i wysiadłam z samochodu, po czym razem z Paulem weszłam do ogromnego budynku czując się słabo. Na nogach jak z waty weszłam za Paulem do windy i czekałam cierpliwie aż dojedziemy na odpowiednie piętro. Kiedy drzwi windy się otwarły powlekłam się za Paulem czując się strasznie malutka. W końcu zatrzymaliśmy się przed drzwiami jego gabinetu. Zaraz będzie mój koniec. Wykituję tu, na korytarzu jakiegoś biurowca. I jeszcze te dziwne spojrzenia sekretarek! No naprawdę, ale byłoby mi miło gdyby się tak na mnie nie gapiły! –Poczekaj tu chwilę. Porozmawiam z nimi i zawołam cię kiedy będziesz miała wejść, zrozumiano?- złapał mnie za ramiona i potrząsnął delikatnie sprowadzając na ziemię.
-T- tak- wydukałam. Paul uśmiechnął się do mnie i wszedł do środka zostawiając mnie na korytarzu. Mokre ręce wytarłam w spodnie i krążyłam przed drzwiami czując, że jakbym usiadła dostałabym szału.
-Witajcie chłopcy- drzwi biura Paula są strasznie nieszczelne, wszystko przez nie słychać. Trzeba mu o tym powiedzieć. Ale to później. Teraz mam ważniejsze sprawy na głowie. Na przykład tą. –W zeszłym tygodniu puściłem wam interesujące nagranie- zaczął Paul.
-Tak wiemy, ta dziewczyna ma niesamowity talent- westchnął jakiś chłopak.
-Dalej proszę- odparł drugi.
-Mieliście tydzień by podjąć bardzo ważną decyzję. Wasz boy band stracił na popularności, więc postanowiłem zadziałać. Ta decyzja była strasznie ważna. Mam nadzieję, że przemyśleliście to i wybraliście dobrze- odparł Paul. Przez chwilę nikt się nie odzywał.
-Przemyśleliśmy wszystkie za i przeciw i podjęliśmy słuszną, jak nam się wydaje, decyzję- odparł jakiś chłopak.
-Postanowiliśmy się zgodzić- powiedział kolejny.
-Bardzo mnie to cieszy. Od dzisiaj ta dziewczyna będzie z wami mieszkać. Tak będzie lepiej. Szybciej się poznacie i nasza gwiazdka będzie mogła szybciej się zaklimatyzować. Przez pierwszy tydzień będziecie mogli  jeszcze raz przemyśleć tą decyzję. Jeśli nie będzie wam to odpowiadać, będziecie mogli zmienić zdanie, ale tylko przez pierwsze siedem dni. Później nie ma odwrotu- oznajmił Paul.
-Dobrze, rozumiemy- powiedział któryś.
-Zanim ją poznacie, chciałbym wam coś zakomunikować. Ona nie jest pełnoletnia, więc nie próbujcie na niej tych waszych sztuczek- powiedział Paul.
-Spokojnie, nie musisz się o nic martwić- odparł jakiś chłopak.
-Charlie, chodź do nas!- zawołał Paul. W biurze zapanowała cisza, którą przerywało tykanie zegara. Czyli to już. Nigdy nie pomyślałabym, że moja śmierć będzie wyglądać… tak. Westchnęłam jeszcze raz, wytarłam dłonie w spodnie i nacisnęłam klamkę. Od razu uderzył mnie blask popołudniowych promieni słonecznych wdzierających się przez szklaną ścianę za biurkiem Paula. Opuściłam wzrok na podłogę i weszłam nie pewnie do środka. Czułam na sobie ich spojrzenia. Powoli podniosłam wzrok i ujrzałam pięć par oczu wpatrujących się we mnie intensywnie. O w mordę.

_________________________________________________________________

No to mamy pierwszy rozdział. Co myślicie? Mam nadzieję, że się podoba. Zostawcie opinie w komentarzach i jeśli ktoś jeszcze nie zauważył, dodałam postacie drugoplanowe w karcie "bohaterowie".
To chyba tyle. Erm... nie wiem kiedy pojawi się następny.
Trzymajcie się mebli!
Polecam się na przyszłość